[bukszots] The Cruel Prince, Children of Blood and Bone, Monstressa, Tancerze burzy



Holly Black - The Cruel Prince (The Folk of Air #1)



Nie spodziewałam się, że to będzie takie dobre. Szczerze powiedziawszy, nie miałam jakiś wygórowanych oczekiwań. Wiecie jak to jest z popularnymi tytułami - wszyscy dookoła zachwalają, a jak przyjdzie co do czego, to trzeba użyć lupy, żeby mniej więcej zobaczyć o co im wszystkim mogło chodziło.
Jestem zachwycona tym, jak ktoś w końcu pokazał faerie (mówcie sobie co chcecie, ale będę używała tej nazwy, bo ani to elfy ani duszki) jako żądne krwi, knujące i złośliwe bestie, które myślą przede wszystkim o sobie. I że dostaliśmy główną bohaterkę, której jedynym celem nie jest podbicie serca jednego z przedstawicieli faerie - Jude raczej stara się pokazać na co ją stać, żeby w końcu zaczęto traktować ją poważnie.
Trochę to trwało zanim wciągnęłam się w historię, ale kiedy już to się stało - nie mogłam odłożyć książki. Zwroty akcji i pomysły na wątki były świetnie przemyślane. Teoretycznie część z nich przewidziałam, ale końcowy efekt i tak mnie zaskoczył, bo nic nie było takie jakby można się było tego spodziewać.
Zakończenie The Cruel Prince wbiło mnie w fotel i mogę spokojnie powiedzieć, że był to jeden z nielicznych kaców książkowych w tym roku. Już nie mogę się doczekać The Wicked King!

Tomi Adeyemi - Children of Blood and Bone (Legacy of Orisha #1)



Children of Blood and Bone to kolejny tytuł o którym było bardzo głośno w zagranicznej blogosferze. I wszystko fajnie pięknie, ale ciekawy pomysł na przedstawienie świata (a raczej zasad magii, bo sam świat i jego problemy nie różniły się za bardzo od tych przedstawionych w podobnych książkach młodzieżowych) całkowicie zszedł na drugi plan, kiedy na scenę wkroczyły dwa elementy, których nawet ja nie mogłam zauważyć (bo zazwyczaj jest tak, że nawet jak są, to są tak sprzedane, że je kupuję bez marudzenia): instalove i deus ex machina.
Nieważne, że dobrze się czytało fragmenty dotyczące mitologii, religii i sytuacji politycznej świata. W momencie, kiedy w jednym momencie pojawiła się dwójka bohaterów już od pierwszych opisów można się było domyśleć co z tego będzie. I to paczenie - nawet jak nie było opisane to ja je widziałam (nie mam zwidów, dzięki za troskę!) i starałam się nie nadwyrężyć swojego wzroku wywracając oczami podczas lektury. Co wcale nie było takie proste, bo na moje oczy czyhały również bezsensowne rozwiązania, których jedynym celem było popchnięcie akcji (i bohaterów) do przodu. Niewiadomo co zrobić? Spokojnie, nagle rozwiązanie samo
Jest mi bardzo trudno ocenić Children of Blood and Bone - bo to nie była zła książka. Ale nie była też tak dobra, jak to niektórzy sugerują. Czy przeczytam kolejne części? Pewnie tak, bo mimo wszystko chciałabym się dowiedzieć co się dalej stanie z bohaterami.

Monstressa. Tom pierwszy. Przebudzenie.



Oficjalnie pierwsza opowieść graficzna, która wpadła w moje ręce. Goodreads już od lat podtykał mi ten tytuł pod nos, dlatego kiedy zobaczyłam, że pojawiło się polskie tłumaczenie nie zastanawiałam się zbyt długo.
Nie wiem czy to kwestia tego, że nie jestem przyzwyczajona, ale ku moje zdziwieniu brakowało mi… szczegółów. Ja rozumiem, że szczegóły w powieściach graficznych poznajemy w inny sposób (powiedzmy sobie szczerze, po prostu możemy na nie popatrzeć), ale cały czas to było dla mnie trochę za mało. Chociaż muszę przyznać, że ilustracje były przepiękne, mimo tego, że często wydarzenia na nich pokazane były brutalne. I ogólnie było ciemno.
Wydarzenia Monstressy mają miejsce w alternatywnej rzeczywistości, a dokładniej gdzieś w matriarchalnej (serio, serio!) Azji. Główna bohaterka jest sierotą, którą połączyło coś z pewnym potworem (nawet nie wiem czy to można tak nazwać). I szczerze powiedziawszy, to tyle jeżeli chodzi o to o czym jest Monstressa (a przynajmniej jej pierwszy tom) - jestem bardzo ciekawa, czy coś się wyjaśni, kiedy przeczytam tom drugi (i pierwszy i drugi są zbiorami kilku części, prawdopodobnie będzie jeszcze trzeci tom).

Jay Kristoff - Tancerze burzy (Wojna lotosowa #1)



Zostańmy w klimacie Azji, a dokładnie feudalnej Japonii z silnie widocznym steampunkiem (nie wiem co Jay Kristoff bierze, że wymyśla takie połączenia, ale chyba chciałabym wiedzieć). O Tancerzach burzy słyszałam już wcześniej - podobnie jak z Monstressą, goodreads zaproponował mi ten tytuł, jednak ja twardo upierałam się, że to nie dla mnie.
Po czym przeczytałam Illuminae, później Nibynoc i tak jakoś wyszło, że postanowiłam przeczytać wszystkie książki Jaya Kristoffa.
Musicie się przygotować na to, że początek będzie się Wam dłużył. Potem jest już lepiej. Szczególnie, kiedy na scenie (a raczej na kartach książki) pojawia się pewne fantastyczne stworzenie (jestem jego ogromną fanką, najlepsza postać!). Co chyba jest przyczyną dlaczego wydawało mi się, że czuję klimat Eragona (czy ktoś jeszcze pamięta o tej serii?).  
Chociaż jest dość brutalnie, krwawo, brudno i duszno (w takim stopniu, że lepiej chodzić w specjalnych maskach niż bez nich) alkohol i inne substancje odurzające co chwilę idą w ruch, to nie uciekniemy od tego, że Tancerze burzy są młodzieżówką - a co za tym idzie nie obejdzie się bez bezsensownego wątku romantycznego (dlaaaczeeegoo mi to zrobiliście?), głównej bohaterki, której wydaje się, że wie co ma robić (sorry Yukiko, taka prawda).
Jednak na to można przymknąć oko - szczególnie, że są kolejne dwa tomy, które mogą spowodować, że zapomnę o marudzeniu odnośnie pierwszej części. Czy tak będzie - pewnie niedługo się dowiecie.

0 Komentarze