Pokazywanie postów oznaczonych etykietą same spoilery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą same spoilery. Pokaż wszystkie posty

14:34

[Same spoilery] Leigh Bardugo - Rule of Wolves (Rządy Wilków)

[Same spoilery] Leigh Bardugo - Rule of Wolves (Rządy Wilków)


Myślałam, że nigdy już nie wrócę do serii Same Spoilery, bo ostatnio jakoś nie miałam większych przemyśleń czy kwestii do poruszenia po przeczytaniu książki o której nie mam z kim porozmawiać bo jest jeszcze przed polską premierą (jak to zazwyczaj jest w przypadku postów z Samych Spoilerów). Co więcej - zaraz po zakończeniu Rule of Wolves (Rządów wilków) nie miałam w planach wypowiadania się na jego temat. Jednak jak to się mówi - po przespaniu się z tematem - odkryłam, że jest parę rzeczy, które chciałabym zapisać i może podyskutować z innymi, którzy już Rule of Wolves Leigh Bardugo przeczytali. 


Tym samym - jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki i jeszcze nie wyszliście z tego posta - uprzejmie ostrzegam, że będą spoilery dotyczące nie tylko tej części, ale również innych książek z uniwersum Griszów (o kolejności ich czytania możecie przeczytać tutaj). W polskiej wersji - Rządy wilków wychodzą 5 maja 2021 nakładem wydawnictwa MAG. 


SPOILERY


Nadal jestem trochę rozczarowana tym, że w dylogii o Nikolaiu było tak mało Nikolaia. No dobra, było go zdecydowanie więcej niż wcześniej (znaczy w poprzednich seriach), ale mimo wszystko spodziewałam się, że będzie go jeszcze więcej. Bo wyszło tak, że w Królu z bliznami tylko połowa książki była jego historią a w Rządach wilków było go jeszcze mniej. Z samym podziałem tego co się działo też mam problem. Z jednej strony bardzo fajnie było zobaczyć co się dzieje w tym samym czasie w różnych miejscach. Jednak z drugiej strony ciągłe skakanie po różnych bohaterach mocno mnie wybijało z toku lektury - co się wciągnęłam, to nagle byłam transportowana w zupełnie inne miejsce, co znowu powodowało, że ciężko było mi się wbić w lektury. Dopiero na samym końcu, kiedy wszystko zaczęło się łączyć w całość poczułam, że nie jestem w stanie odłożyć książki. A chwilę potem wszystko się skończyło. 


I teraz chwilę o zakończeniu, skoro przy nim już jesteśmy. Już od dawna można było podejrzewać, że Leigh Bardugo tak szybko nie skończy ze światem Griszów, szczególnie, kiedy już oficjalnie została zapowiedziana trzecia część Szóstki Wron. Szczerze powiedziawszy, ta perspektywa napawała mnie niemałą obawą na to co się wydarzy w Rządach wilków, ponieważ jestem przyzwyczajona, że autorki, które tworzą rozbudowane światy (pozdrawiam serdecznie Cassandrę Clare i Sarah J. Maas) mają tendencję do tworzenia zakończeń, które nie tyle są zakończeniem historii a wprowadzeniem do nowej serii. W tym przypadku mogłam odetchnąć bo tak się nie stało. 


Faktycznie Bardugo buduje podwaliny pod kolejną część Wron (a może i nawet kolejną, inną serię), jednak robi to w taki sposób, że czułam się jakby to był jeden z elementów historii, mrugnięcie okiem do czytelnika, a nie główny jej cel. No bo nikt mi nie powie, że następne historia nie będzie skupiała się na uwolnieniu Darklinga a raczej na próbie znalezienie sposobu na zrobienie tego przez Inej. A jakbym miała być złośliwa, to napisałabym tylko, że Bardugo za punkt honoru wzięła sobie, by w tej książce wspomnieć o wszystkich bohaterach jej poprzednich serii o których tylko mogła - chociaż i tak zrobiła to tak dobrze, że niektóre nawiązania 


Mówiąc o ulubieńcu czytelników - po dylogii o Nikolaiu mam mieszane uczucia jeśli chodzi o Darklinga/Zmrocza czy jak go tam kto chce nazywać. Z jednej strony nie jestem fanką wskrzeszania bohaterów, którzy powinni zostać martwi, szczególnie w tak pokręcony sposób jak zostało to zrobione w Królu z bliznami, jednak z drugiej strony końcówka Rządów wilków pozwoliła mi go trochę lepiej zrozumieć - a przynajmniej motywy, które nim kierowały. Darkling chciał, żeby ludzie go zapamiętali. W pokraczny sposób może nawet stwierdzić, że nigdy nie chciał być zły, po prostu za życia (głownie tego pierwszego) podejmował najgorsze możliwe wybory. W końcu nie można powiedzieć, że się zmienił, a jednak postanowił cierpieć przez wieczność by uratować Ravkę w zamian za nazwanie go Świętym. Jestem pełna podziwu jak Rządy wilków dodały dodatkowych wymiarów już i tak pełnowymiarowym bohaterowi. 


No dobrze, czy to już ten moment w którym mogę zacząć piszczeć? Myślę że tak. UWIELBIAM relację Nikolaia i Zoyi oraz to jak ona zmieniła się nawet na przestrzeni jednego tomu. Ba! Kilka dni po zakończeniu lektury uświadomiłam sobie, że przypomina mi inną relację z innej serii - a mianowicie Doriana i Manon ze Szklanego tronu od Sary J. Maas - co uzmysłowiło mi, że chyba mam ulubiony typ związków w literaturze fantasy. Z tym że Nikolaia i Zoyę lubię jednak bardziej, bo to jak jedno drugiego wspiera i to jak świetnie to wypadło w zakończeniu Rządów wilków (serio, kiedy czytałam ich sceny na samym końcu piszczałam i wzdychałam na zmianę) to jest dla mnie niesamowite.


Zakończenie tej dylogii uświadomiło mi, że Bardugo jako jedna z nielicznych autorek potrafi stworzyć bohaterów, którzy nie dość, że są przedstawicielami mniejszości (rasy, płci, orientacji seksualnej), to nie jest ich jedyna ani główna cecha - co tylko świadczy o tym, że co jak co, ale do kreacji bohaterów nie można się przyczepić. 


Po słabszy, Królu z bliznami i dość kiepskim Dziewiątym domie zastanawiałam się, czy w ogóle zabierać się za czytanie Rządów wilków. Nauczona doświadczeniem w przypadku innych autorek, zaczęłam się bać, czy Bardugo pokazała nam już wszystko co najlepsze a teraz to tylko zostanie mi tylko wzdychanie i narzekanie - całe szczęście tak się nie stało. Co więcej - Rządy wilków na nowo rozbudziły we mnie zafascynowanie światem Griszów i już nie mogę się doczekać kolejnych części. 


19:27

[Same Spoilery] Pani Maas, ja to chyba już gdzieś czytałam, czyli Dom Ziemi i Krwi

[Same Spoilery] Pani Maas, ja to chyba już gdzieś czytałam, czyli Dom Ziemi i Krwi



Nawet nie wiecie jak bardzo wymęczyłam się czytając Dom Ziemi i Krwi (House of Earth and Blood), czyli najnowszą książkę Sarah J. Maas. Żebyście mogli sobie to dobrze wyobrazić, to pomyślcie sobie, że zaczęłam ją czytać niedługo po światowej premierze w angielskiej wersji (czyli gdzieś na początku marca) a skończyłam czytać wczoraj, czyli prawie w połowie czerwca (co mnie mocno bawi - w międzyczasie zdążyła wyjść polska wersja). Kilkakrotnie byłam bliska wyrzucenia jej przez okno (gdybym miała wersję papierową, to zrobiłabym to symbolicznie nawet i teraz), jednak nie zrobiłam tego, bo dość szybko zorientowałam się, że będę miała dużo do powiedzenia na temat tej książki a dokładniej na temat podobieństw, które znalazłam między nią a Szklanym tronem

Dlatego jeśli jeszcze nie czytaliście jednego albo drugiego (jeśli chodzi o Szklany tron, to mam na myśli całą serię), to nie czytajcie dalej - przed Wami spoilery. I to duże. 

Zacznijmy od całokształtu. Książkę czytało mi się bardzo ciężko, ze względu na zarzucenie czytelnika zbyt dużą ilością informacji od samego początku. Z jednej strony to zrozumiałe, bo w końcu poznajemy zupełnie nowy świat (chociaż do tego myślę, że jeszcze wrócimy, bo tego też nie jestem taka pewna), jednak przez to, że historia nabrała rumieńców dopiero 200 stron przed końcem (na prawie 700 w mojej wersji), wszystko dłużyło się niemiłosiernie. Nie pomagało też to, że czułam się, jakby przez część książki bohaterowie kręcili się w kółko. W tym przekonaniu utwierdziły mnie również późniejsze zwroty akcji, które polegały na tym, że otrzymywaliśmy informację jak jest naprawdę a nie zostało to w żaden sposób przygotowane przez wcześniejsze zachowanie bohaterów (bo nie możecie mi powiedzieć, że Hunt będący tym, który chciał kupić synth miało dla Was sens, szczególnie, że wcześniej mieliśmy jego perspektywę i nawet słowem się nie zająknął o swoich planach czy czymś co mogłoby na to wskazywać). 

Jednak tym co najbardziej irytowało mnie podczas lektury, było zauważalne podobieństwa do poprzednich historii Sarah w sposobie budowania bohaterów oraz świata przedstawionego a także używanego słownictwa. Im dłużej czytałam, tym bardziej byłam przekonana, że Maas wyskoczy z jakimś jednoznacznym nawiązaniem, które świadczyłoby o powiązaniu światów Księżycowego miasta, Szklanego tronu oraz Dworu cierni i róż - i chociaż na razie nie ma bezpośrednich nawiązań (przy czym ja się nich nie dopatrzyłam, chociaż mam teorię o Królu Jesieni i byciu rudym a Lucienem z Dworów), to istnienie portali i równoległych światów było już łącznikiem między Szklanym tronem a Dworami. Nie zdziwię się, jeśli będzie tak i tym razem. 

To co mnie dziwi natomiast, to to jak bardzo główni bohaterowie przypominają tych ze Szklanego tronu. Bryce i Hunt to jedynie lekko zmieniona wersja Aelin i Rowana. Nie wierzycie? Zaraz Wam to udowodnię. 

Mamy dwie księżniczki, których prawdziwa tożsamość jest ukrywana, różnica jest taka, że o jednej jako czytelnicy wiemy od początku, że jest księżniczką (Bryce), natomiast o drugiej dowiadujemy się razem z bohaterami (Aelin). Obie są wybrankami, posiadającymi potężne moce, których dawno nikt nie widział (jedna ma moc gwiazdy, druga włada ogniem). Obie są w połowie Fae, żeby być nieśmiertelnymi muszą przejść proces (w przypadku Aelin opisywany był jako bardziej naturalny, automatyczny - natomiast w przypadku Bryce samemu trzeba było go zainicjować). I jedna i druga bohaterka nauczyła się walczyć dzięki męskiemu bohaterowi, który pełnił rolę jej ojca (Aelin została wyszkolona przez Arobynna, który mimo wszystko miał na nią jakiś wpływ, Bryce przez swojego ojczyma, Randalla). I Bryce i Aelin kreowane są na silne bohaterki, które nie potrzebują facetów. Obie zaliczyły niespełnione pierwsze miłości, które zmarły w tragicznych okolicznościach (Sam w przypadku Aelin i Connor w przypadku Bryce). Bardzo duży wpływ na ich dalsze losy oraz na ich decyzje ma śmierć przyjaciółek (Nehemii dla Aelin i Danniki dla Bryce), które miały być liderami dla swoich społeczności. Obie przez długi czas nosiły blizny, które miały im o czymś lub kimś przypominać, chociaż mogły je wyleczyć (Aelin - blizny na plecach, Bryce - blizna na udzie). Plus obie mają podobny gust jeśli chodzi o mężczyzn - ich wybrankowie są mrukliwi, napakowani testosteronem i starsi o kilka wieków.

No właśnie, podobieństwa znajdziemy również w przypadku Rowana i Hunta. Obaj mają ciemną przeszłość, przez którą są zmuszeni do wykonywania rozkazów kogoś innego (Rowan był pod wpływem Maeve, natomiast Hunt był niewolnikiem Archanioła). Z tą przeszłością wiąże się również wielka miłość, która została zabita i o której nie mogą zapomnieć a kiełkujące uczucia do głównej bohaterki na początku uznają za zniewagę pamięci tej pierwszej. Zarówno Rowan jak i Hunt mają na twarzy tatuaże, chociaż pełnią one inne funkcje (u tego pierwszego - przypominania, u tego drugiego - znaku jego niewolnictwa). Obaj mieli na początku niezbyt pozytywną opinię na temat swoich przyszłych wybranek. 

Do tego dochodzą bohaterowie, których nie mogę przypisać jeden do jednego do poprzednich historii, m.in. Ruhn przypomina mi połączenie Doriana z Aedionem, bo jest księciem, następcą tronu, który ma problemy z ojcem jak Dorian, ale jednak jest rodziną Bryce jak Aedion i działa mocno w sferze obronnej, natomiast Adias, chociaż nie jest w stanie tego sprecyzować, przypominał mi Rhysa z Dworów. 

Faktycznie, jeśli chodzi o sam świat, to mamy więcej ras i zupełnie nowe zasady funkcjonowania (plus hej, jest w końcu elektronika!) a Maas czerpie z różnych motywów i w większości przypadków umiejętnie je łączy. Jednak jako że czytałam wszystkie je serie w oryginale, widzę, że jej język pozostaje taki sam, nie ewoluuje wraz z kolejnymi powieściami tak, żeby dopasował się do tego co chce opowiedzieć. Sarkastyczne uwagi Bryce są budowane w ten sam dwuznaczny sposób co te u Aelin, podobnie z opisami emocji u męskich bohaterów. Których tak naprawdę mi trochę szkoda, bo cały czas byli spłycani do bycia napakowanymi samcami alfa. 

Plus zupełnie nie rozumiem, czemu ta książka jest promowana jako pierwsza książka dla dorosłych - z mojej perspektywy nie jest ona bardziej brutalna czy nie jest w niej więcej gorących scen niż w Szklanym tronie czy Dworze cierni i róż. Może to kwestia wieku bohaterki, bo oficjalnie ma ona więcej niż 20 lat? Chociaż nie wiem czy to dużo zmienia, bo zachowuje się bardzo podobnie do bohaterek YA. Więc albo poprzednie serie były kiepsko targetowane, albo tutaj trochę na siłę dostaliśmy opowieść dla dorosłych, żeby można było napisać, że jest to coś nowego (plus iść z obecnym trendem pisania powieści dla dorosłych przez autorów YA).

Czy przeczytam kolejne części Księżycowego miasta? Nie jestem pewna. Z jednej strony nie chciałabym znowu cierpieć, plus Maas równie dobrze mogłaby zakończyć tę historię po jednej części, bo otwarte wątki nie są jakieś znaczące, nazwałabym je raczej punktami zaczepienia. Natomiast z drugiej strony, bardzo chciałabym zobaczyć jak z tego wszystkie wybrnie i czy pojawią się kolejne podobieństwa.

Nazwijcie mnie popkulturową masochistką. 



11:43

[Same Spoilery] Sarah J. Maas - Kingdom of Ash (Throne of Glass #7)

[Same Spoilery] Sarah J. Maas - Kingdom of Ash (Throne of Glass #7)

Zanim zaczniecie czytać ten tekst, zróbcie to co ja zrobiłam zanim zaczęłam go pisać - weźcie głęboki oddech. Nieważne czy przeczytaliście już Kingdom of Ash, czy przywędrowaliście tutaj, bo nie możecie doczekać się polskiej premiery i jesteście żądni spoilerów (i nie mówcie, że nie jesteście - wyniki wyszukiwań Was wydały) - głęboki oddech przyda się wszystkim. W końcu będziemy dyskutować o zakończeniu serii, która była z nami przez kilka dobrych lat. A jakby ktoś przez przypadek nie zauważył tytułu i jeszcze się nie zorientował - poniższy tekst będzie zawierał spoilery, dlatego czytacie dalej na własną odpowiedzialność.

Przez kilka ostatnich miesięcy, każdemu kto chciał słuchać (i kilku osobom które nie chciały słuchać też) powtarzałam, że bardzo boję się tego, jak będzie wyglądało zakończenie Szklanego tronu. I powtórzę to znowu: miałam ku temu naprawdę dobre powody. Dlatego kiedy 23 października dostałam powiadomienie, że na mojej wirtualnej półce pojawił się ebook Kingdom of Ash z jednej strony obawiałam się co tam w środku znajdę a z drugiej strony rzuciłam się do czytania niczym Grażyna z memów na promocje w dyskontach (musiałam).

Początkowo było zaskakująco dobrze - czytało mi się to całkiem sprawnie (co wcale nie jest oczywiste, mając w pamięci jak czytało się Dwór Skrzydeł i Zguby), a nawet mogę stwierdzić, że każdą, nawet najmniejszą chwilę poświęcałam Kingdom of Ash. Z każdą kolejną stroną czułam, jakby pompowany był balonik, który wybuchnie w punkcie kulminacyjnym i zostawi mi strzępki tkanek zamiast serca. Niestety, kiedy zorientowałam się, że to chyba właśnie powinno nastąpić, zamiast wybuchu dostałam spuszczone powietrze z balonika.

Ale zacznijmy od początku. Sarah całkiem sprytnie rozwiązała problem dużej ilości bohaterów, którzy powinni być narratorami - a mianowicie połączyła bohaterów w mniejsze grupy według klucza, który równie dobrze mógłby się nazwać upodobania czytelników albo z-kim-kogo-widzę-na-końcu-serii (no prawie), czyli: Aedion z Lysandrą, Chaol z Yrene (a gdzieś w tle Nasryn z Sartaqiem), Dorian z Manon (i Trzynastką!), Rowan z Gavrielem, Lorcanem i Elide, którzy dość szybko (jak Wam napiszę na której stronie było to stwierdzicie, że wcale to nie było szybko, ale uwierzcie mi - jak na to co się spodziewałam - było szybko) wchłonęli do swojej grupy Fenrysa i Aelin. I jak to bywa w takich przypadkach, było trochę nierówno. Z jednej strony mieliśmy ciężkie, emocjonalne rozdziały, żeby zaraz przeskoczyć do biegania w jedną i w drugą stronę po polu walki, żeby potem przez kilkanaście stron czytać jak można odmienić słowo mate, kiedy używa się języka w którym nie występują przypadki. No ale do rzeczy.

Rozdziały z Aedionem na pierwszym planie były jednym z najnudniejszych w Kingdom of Ash (zgadnijcie czyje jeszcze mnie nie porywały!). Ja rozumiem, że ktoś musiał przez te 1000 stron i interesować się co się dzieje z wojskiem, planować i w ogóle odwalać brudną robotę, żeby znowu nie wyszło, że wielkie starcie trwało tyle co nic. Nie pomogło jednak to, że Aedion przez większość czasu zachowywał się jak… dupek. Nie ma na to innego określenia. Szczególnie w przypadku tego, jak zachowywał się wobec Lysandry. Biedna dziewczyna cały czas biegała próbując uratować wszystkim tyłki a to co spotykało ją przez większość czasu pozostawię bez komentarza.

Chaol z Yrene tak naprawdę powtarzali to czego dowiedzieliśmy się w Wieży Świtu. Dlatego gdyby ktoś się uparł, to myślę, że nieprzeczytanie szóstej części nie stanowiłoby problemu w odbiorze zakończenia. No, można by się zdziwić, że Chaol wraca z żoną, ale jakoś to bardzo nie szokuje. Szczególnie, że ktoś w końcu musiał być w ciąży (skoro tyle razy Maas to sugerowała), a panny, które pojawiły się we wcześniejszych częściach miały inne zadania do wykonania. Szkoda trochę Nesryn i Sartaqa, których obecność ograniczyła się do wspominania, że kiedyś będą rządzili imperium. I tyle.

Za to ciągle mało było mi rozdziałów Doriana i Manon. Może to kwestia tego, że to najbardziej czekałam na to jak potoczy się ich historia. Nazwijcie mnie stronniczą, ale o tej dwójce mogłabym czytać i czytać i nigdy nie byłoby mi mało. Może i nie zdziwiło mnie za bardzo to jak wszystko się potoczyło (Manon została uznana za swoją przez Crochan, Dorian chciał zabrać robotę Aelin jako wybraniec), ale przynajmniej nie chciałam, żeby któremuś z bohaterów spadło na głowę coś ciężkiego.

Teoretycznie minęły niecałe dwa tygodnie od momentu, kiedy przeczytałam Kingdom of Ash, a mam problem, żeby przypomnieć sobie dokładnie co się działo u ekipy ratunkowej w składzie Rowan, Gavriel, Lorcan i Elide. Na pewno mieli problem ze zdecydowaniem się w którą stronę się udać. Rowan odmieniał mate przez przypadki (i zrobił się tak jednowymiarowy, że momentami aż go nie poznawałam). Lorcan robił maślane oczy ku Elide, a Elide udawała, że wcale tego nie widzi. A Gavriel był wspomniany co jakiś czas i tyle.
Natomiast w rozdziałach Aelin i Fenrysa nie działo się dużo, to pod względem emocjonalnym były one dla mnie tymi najcięższymi. Opisy tortur, przez które przechodziła Aelin, jej wewnętrzne przemyślenia i wola walki, spowodowały, że przez chwilę zaczęłam doceniać drogę przez jaką przeszła. Plus scena w której Fenrys prawie umiera, ale nie do końca, bo przecież za dużo stron do końca zostało, była sceną w której po raz pierwszy dostałam zawału.

No właśnie. Skoro Kingdom of Ash miało być epickim zakończeniem serii, wojna i straty w ludziach były nieuniknione, to pewnie trzeba mieć przy sobie chusteczki? Nie nie bardzo. Sarze znowu zabrakło jaj. Z jednej strony to dobrze, bo wszyscy moi ulubieńcy przeżyli i teraz żyją sobie długo i szczęśliwie. Z drugiej strony, jak już doprowadzamy do zakończenia w którym namnożyło się bohaterów, to któregoś już nawet dla samego szoku można byłoby skrócić o głowę, prawda? Sarah próbowała co nieco w tej kwestii robić, przez co dostawałam zawału, ale z tyłu głowy cały czas miałam wrażenie, że to za wcześnie i że nawet jeżeli opis wskazuje na najgorsze, to tak nie będzie, bo zostało za dużo stron. Dlatego też, kiedy Trzynastka zaczęła się żegnać z Manon a ja zauważyłam, że do końca jest raczej bliżej niż dalej, to wiedziałam, że to się źle skończy. I nadal nie mogę się pogodzić z ich śmiercią (która była do przewidzenia, jeżeli pamięta się o przepowiedni) a szczególnie z tym, że to zostawia Manon samą jak palec w tym złym świecie (czy ktoś może ją przytulić? Może być to Dorian!). Drugim zauważalnym trupem w Kingdom of Ash był Gavriel, którego śmierć była bardzo wymuszona. Tak jakby przez całą książkę Sarah tylko czekała aż w końcu będzie mogła go wypchnąć, po wcześniejszym obowiązkowym spotkaniu z synem. A po za tym, to tak wszystkim się jakoś udaje przetrwać.

No nie.

Samo rozwiązanie problemów również nie powala. To wielkie poświęcenie, którego miała dokonać Aelin miało w sobie więcej dziur niż durszlak, przez co koniec końców skończyliśmy z efektem o którym fani mówili od dwóch lat - Dziedziczka Ognia została bez swojego ulubionego żywiołu. Prawie. Dziękuję za uwagę.

A czy ktoś w ogóle pamiętał, czemu mieli zamknąć bramę między światami? Bo tak naprawdę to nic nie dało. Jak musieli walczyć z Maeve i Erawanem, tak walczyli. Przy czym nadal nie rozumiem fenomenu tego drugiego. Bo chociaż wszyscy chodzili i marudzili jaki on zły i niedobry, to jak przyszło co do czego… To  nawet nie byłam zaniepokojona jego obecnością. Nie wspominając o tym, że załatwiła go laska, która pojawiła się trochę na siłę w dwóch nowelkach (no dobra, jednej nowelce i jednej części) i nagle została wielka wybawczynią świata uwielbianą przez lud. DLACZEGO? To wyglądało mi na rozwiązanie problemu na siłę, tak, żeby przez ostatnie kilkadziesiąt stron móc się jedynie cieszyć się szczęśliwym zakończeniem.

Wracając do bram między światami - czy ktoś zauważył, że w końcu wyszło na jaw w jaki sposób Szklany tron i Dwór cierni i róż są połączone ze sobą? Nie wiem jak Wy, ale jak to przeczytałam, to nagle okazało się, że bardzo mnie boli czoło.

W tym momencie mogę Was zdziwić, kiedy napiszę, że mimo wszystko Kingdom of Ash podobało mi się. I chociaż sami widzicie, że mam dużo uwag co do tej części, to obawiałam się, że będzie jeszcze gorzej. W tym przypadku to co się działo powodowało, że nie mogłam się doczekać aż wrócę do domu i będę mogła bez przerwy czytać. To nadal są bohaterowie których znamy i lubimy (chociaż część z nich zrobiła się trochę papierowa, ale to można wytłumaczyć natłokiem narratorów), to nadal jest bardzo ciekawy świat, który mimo wszystko nadal pozostawił jakieś ukryte tajemnice. To nadal książka autorki, która uwielbia robić dobrze swoim czytelnikom, więc przez te kilkanaście godzin lektury z chęcią zatapiamy się w jej opowieść. Dlatego jeżeli patrzymy powierzchownie na Kingdom of Ash to widzimy całkiem niezłe zakończenie serii, które tak jak w przypadku większości książek Maas czyta się bez większych problemów. Niestety, kiedy pierwszy zachwyt minie, zaczynamy dostrzegać, że to wszystko trzyma się razem na cienkich nitkach.

PS Domagam się nowelki co najmniej wielkości Wieży Świtu, która będzie poświęcona Dorianowi i Manon. Kto jest ze mną?

19:13

[Same Spoliery] Sarah J. Maas - Wieża Świtu (Szklany tron #6)

[Same Spoliery] Sarah J. Maas - Wieża Świtu (Szklany tron #6)

Zanim rozpocznę wyrzucanie z siebie emocji na temat nowelki-która-przypadkowo-stała-się-kolejną-częścią, chciałabym zaznaczyć, że poniższy tekst będzie zawierał masę spoilerów - jeżeli jeszcze nie czytaliście tej (bądź pozostałych) części - czytacie na własne ryzyko. Dla tych, którzy są ciekawi mojej opinii bezpośrednio po skończeniu lektury (która po takim czasie trochę się różni od tego co przeczytacie poniżej) - zapraszam na bukszots.
Jeżeli myślicie, że czekałam z niecierpliwością na Wieżę Świtu, to jesteście w błędzie.
Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz. Nie lubię Chaola. Jest dla mnie nijaki i za każdym razem, kiedy czytałam jego narrację w poprzednich częściach, szybciej przerzucałam strony, żeby wrócić do kogokolwiek innego.
Dlatego wcale nie odczuwałam jego braku w Imperium burz, ale kiedy dowiedziałam się, że Sarah ma zamiar napisać nowelkę o kapitanie Westfalu (proszę, wstawcie tu sobie którąś z piosenek Westfall, podczas lektury nie mogłam się powstrzymać od tego skojarzenia) – miałam nadzieję, że może w końcu się polubimy. Trwało to do momentu, kiedy w świat poszła informacja, że nowelka rozrosła się w pełnowymiarową książkę, która na dokładkę przesunęła datę premiery ostatniej części Szklanego tronu o ROK.
Czy Wieża Świtu była potrzebna? W pewnym sensie tak, chociaż zastanawiam się, na ile kluczowe informacje, których dowiadujemy się w tym tomie były zaplanowane a w jakim stopniu były wypadkiem przy pracy. Czy trzeba było robić z Wieży Świtu kolejną cegłę? Nie, gdyby dobrze zaplanować wydarzenia, wystarczyłoby około 300 – 400 stron. Żebyście mogli to sobie wyobrazić – wystarczyłaby objętość mniejsza niż pierwszej części Szklanego tronu zamiast zamiast tej Królowej cieni.   
Co ciekawe, im więcej czasu upływa od zakończenia lektury Wieży świtu tym moja opinia o tej części jest coraz bardziej niepochlebna. Na początku byłam zadowolona. Podobało mi się to, że w końcu świat został rozszerzony, że poznaliśmy nowe, całkiem ciekawe postacie (których relacje przypominały mi momentami bandę z Dworu Cierni i Róż, ale nadal nie mogę dojść dlaczego)  i że chociaż początek trochę się dłużył, to końcówka to wynagrodziła w zupełności. Nie wiem, czy to nie jest kwestia tego, że książki Maas czyta się po prostu dobrze - nawet mimo pojawiających się dłużyzn, akcja pędzi do przodu a kartki przewracają się same. Trochę tak jakby historia chciała nam powiedzieć szybko, szybko zanim dojdzie do nas, że to bez sensu.
Po pewnym czasie, zaczęłam się jednak zastanawiać, czy to aby na pewno dobrze, że dostaliśmy coś, co ewoluowało z krótkiej formy do kolejnej cegły. Pomyślcie w ten sposób, czy jeżeli coś co ma być jedynie dopełnieniem serii (nowelka) zamienia się w pełnowymiarową, dodatkową część, świadczy o tym, że autor wie jak ma wyglądać zakończenie serii? Zaczynam się obawiać, że w przypadku Sarah J. Maas tak nie jest. Szczególnie, że nadal mamy więcej pytań niż odpowiedzi, została tylko jedna część (Kingdom of Ash) do której zostaną zapewne dorzucone kolejne dwie perspektywy nowych bohaterów.
Nie podobało mi się również to w jaki sposób rozwiązany został wątek Chaola i Nesryn, który poświęcono na ołtarzu dwóch nowych błyskawicznych miłości (i nie mówcie mi, że tak nie było, jak było - nawet nie wiem w którym przypadku bardziej, chociaż z wiadomych względów skłaniałabym się bardziej ku Chaolowi i Irene). A nawet zanim to nastąpiło momentami wydawało mi się, że Chaola i Nesryn siedzą w tej samej historii za karę.
Chaola dalej nie lubię. A cały jego wątek sprowadził się do zapewnienia nas, że w ostatniej części Szklanego tronu (i mam nadzieję, że definitywnie i ostatecznie ostatniej) będziemy mieli osobę, która poradzi sobie z Valgami. Według mnie Lord Westfal myśli jedynie o sobie (nawet jeżeli wspomina o Dorianie, czy próbuje przewidzieć co zrobi Aelin - co zresztą niezmiernie mnie rozśmieszyło).
Z drugiej strony, nie mogę jednak powiedzieć, że nie ma sensu czytać Wieży świtu. Szczególnie, kiedy czytało się poprzednie części i ma się zamiar przeczytać Kingdom of Ash. W końcu wyjaśniła się kwestia kim (czym?) jest Maeve, dostaliśmy rozwiązanie na problemy z opętaniem przez Valgi, które nie wymaga zabójstwa (czyli nasza piękna, zdolna, urocza uzdrowicielka, którą wszyscy kochają Irene), plus dowiedzieliśmy się co się dzieje z Aelin w trumnie (co brzmi dziwnie, no ale przecież tak było). Czy to mało? Jak na tyle stron - pewnie tak. Chociaż jeżeli dostaniemy wszystkie wyjaśnienia w skondensowanej wersji już w siódmym tomie - to zostaje pytanie - dlaczego szósty powstał w formacie jaki powstał.
Ale wiecie co? Wieże świtu na pewno warto było przeczytać, żeby przekonać się, że wszyscy uwielbiają Rowana - poziom fangirlowania jego osoby wśród nowych bohaterów ustanawia nowe progi.

14:32

[Same Spoilery] Sarah J. Maas - A Court of Wings and Ruin (ACOTAR #3)

[Same Spoilery] Sarah J. Maas - A Court of Wings and Ruin (ACOTAR #3)
Źródło obrazu: Charlie Bowater
Ojoj. To nie było dobre.
A żeby wyjaśnić Wam dlaczego eM tak uważa, musi odwołać się do tego co się tam działo.
Tak, tak. W poniższym tekście będą spoilery.
Nawet bardzo dużo. Najlepiej, żebyście nie czytali tego tekstu, jeżeli nie przeczytaliście jeszcze A Court of Wings and Ruin. 
Czytacie na własną odpowiedzialność.

Ale najpierw wyobraźcie sobie, że macie do napisania pracę zaliczeniową, która nie dość, że ma określoną minimalną liczbę słów (która jest o dużo za duża), to na dokładkę muszą się w niej znaleźć konkretne elementy, bez których wiecie, że praca się nie spodoba.
No i nie zapominajmy, że gonią Was terminy. 

Wiecie o co chodzi? To dobrze, bo eM czytając ACOWAR czuła się, jakby czytała właśnie taką pracę. Przez co w tym miejscu chciałabym serdecznie przeprosić swoich nauczycieli i wykładowców, którzy kiedykolwiek musieli czytać coś takiego w wykonaniu eM. To nie jest dobre. 

Zacznijmy od początku. 
Szczere powiedziawszy, eM była przygotowana na to, że przez pół książki, będzie czytała o tym jak Feyra szpieguje (a przy okazji sieje zamęt) w Dworze Wiosny. Liczyła na knucie, jakiś przemyślany plan, który spowoduje efekt domino. No dobra, chociaż jakieś wielkie bum.
Dostała za to mało porywające opisy, krążenie bez celu i tak naprawdę przypadkową ucieczkę do ciekawszego miejsca.
Chociaż, ku jej zdziwieniu, to wszystko poszło sprawnie (po około 150 stronach, było już wszystko pozamiatane) i bez większych komplikacji (no dobra, pobiegali sobie trochę, powalczyli, ale eM powtarza: 150 stron i po bólu!). No i oczywiście przypadkowo (winkwink) Feyra zabrała ze sobą Luciena. 

- No dobrze - pomyślała eM - to teraz pewnie będzie się działo tyle nowych, ważnych, ciekawych rzeczy, że wciśnie mnie w fotel. Jestem gotowa na to cudo. 

Niestety, jak się okazało dopiero później, to był dopiero początek rozczarowań.

Obserwujecie właśnie grafikę ilustrującą stosunek eM do ACOWAR/Sarah J. Maas. 

Przez kolejne kilkaset stron (serio, serio) akcja dreptała w miejscu. Ktoś trenował, kogoś bolały mięśnie (to akurat eM może zrozumieć), ktoś uprawiał seks (tylko nie przypominajcie eM opisów tego. Wszystko zostało opisane tak, żeby było wiadomo o co chodzi bez używania odpowiednich słów. eM miała podejrzenie, że Sarah przegrała zakład i musiała opisać sceny seksu tak jakby grała w Tabu. Przygotujcie się na przewracanie oczami!), ktoś robił zamieszanie, żeby ktoś inny mógł się z tym rozprawić. Po rozprawieniu się z zamieszaniem, wracano do punkty wyjścia.

Niech najlepiej o tym świadczy to, że przez ok. 40% książki (licznik stron w czytniku eM jest specyficzny, dlatego eM woli podawać wartość procentową), planowano spotkanie. Owszem, może i było ważne i wymagało przygotowań, ale przy tym, że nic innego się nie działo, eM z chęcią wywaliłaby z jakieś 200 stron z tej książki. Po co ciągle pisać o tym samym?

No dobra, powiecie, a może te dłużyzny były po to, żeby bohaterowie mogli się rozwinąć?
Niestety i tutaj eM musi Was rozczarować.
Nasi ukochani bohaterowie podejmują decyzje, które sugerują, że przeszli pranie mózgu. Współpracowanie z największymi wrogami swoich przyjaciół - nic wielkiego.
Wyjaśnienie, czemu Mor nie zrobi kroku, żeby być z Azrielem, też eM nie przekonuje.
A z głównej bohaterki zrobiono narratora. Znaczy, wiecie, że jedynym celem tej postaci jest narracja wydarzeń. Nic więcej.
No i myśleliście, że jeżeli ktoś jest czyimś mate'em (eM wyparła z mógzu polskie tłumaczenie tego słowa) to musi być razem i to będzie NA ZAWSZE? Niestety.

Siostry Feyre są obecne, ale od samego początku było czuć, że to tylko dlatego, że będą grały główne role w kolejnych opowieściach. W ACOWAR Sarah już rozstawiła odpowiednio postacie na wierzchołkach figur geometrycznych i już pewnie czeka z niecierpliwością żeby to wykorzystać w kolejnych historiach. Bo wiemy przecież, że będą. I w trzeciej części Dworu Cierni i Róż, czuć że to nie koniec.

Właśnie, mówiąc o końcu, to eM kojarzy się z Typową Bitwą Kończącą Serię. Włączając w to: Niespodziewaną Pomoc w Ostatnim Momencie, Śmierć Postaci Których Znamy, Słabeusza Ratującego Tyłki Głównych Cwaniaków.

A gdyby ktoś się pytał, to Maas jest tym typem autorki, która chce zakończyć historię wielkim BUM, ale jak już przyjdzie co do czego, to od razu czuć, że nie pójdzie dalej tą drogą. Tak, jeden z głównych bohaterów nie żył. Przez kilka stron. Bo od razu został wskrzeszony w ten sam sposób co Feyre w pierwszej części. Po kilku stronach. Nawet do eM nie dotarło, że coś się stało. Szczególnie, że Sarah przez te kilkaset wcześniejszych stron dawała do zrozumienia, że ktoś zginie. Brakowało tylko wskazania tej konkretnej postaci palcem. Foreshadowing był mocny w ACOWARZE, a do pełni brakowało tylko ciąży, która i tak pewnie się wydarzy w przyszłych książkach z tego świata.

Gdyby eM miała podsumować ACOWAR w jednym zdaniu pewnie tak by to wyglądało. 

Emocje? ZERO. eM nie rozumie powszechnej histerii, która opanowała fandom. Tak jak pisała na początku, czuła się jakby czytała coś pisane na siłę, co spokojnie mogłoby być o połowę krótsze. Trochę taki powrót do Dworu Cierni i Róż. Z trylogii , spokojnie można by było stworzyć duologię i nikt by nie płakał. 

I to jest chyba ten moment, w którym eM powinna napisać co sądzi o trylogii jako o całości.
Co będzie trudne, bo nie podobała jej się pierwsza połowa pierwszej części i pierwsza połowa trzeciej części. Historia miała być inspirowana Piękną i Bestią. I była. Tak samo jak zaczęła być inspirowana innymi historiami (Orfeusz, czy Jezioro Łabędzie). Co niestety, było nam rzucane prosto w twarz. Żebyśmy przypadkiem tego nie pominęli.
Wszystkie ciekawe postacie straciły dużo swojego uroku w Dworze Skrzydeł i Ruin.
W skrócie: bardzo ciekawy świat, w którym rozgrywa się niezbyt ciekawa historia.

I nie, nadal nie wiemy co łączy świat z Dworu z tym ze Szklanego Tronu.
Pozostaje, to czekać na dwie ostatnie części tego drugiego, bo może się w końcu coś wyjaśni. Chyba, że stanie się to w innych historiach z tego pierwszego.

Jedyne czego eM się obawia, że zakończenie Szklanego Tronu wypadnie tak samo, albo jeszcze gorzej. Kiepsko poprowadzić jedną serię - zdarza się. Ale dwie?

Odpowiedzcie sobie na to sami. 
Copyright © eM poleca , Blogger