O zakończeniach bez sensu i traktowaniu ludzi jak idiotów



Ostatnio mam wrażenie, że twórcy albo nie mają pomysłu jak zakończyć historie, które stworzyli, albo nie mają jaj, żeby zrobić to w sposób, który zaplanowali. W tym momencie nawet nie wiem, która opcja jest gorsza. Może ta w której zakończenie zostało stworzone w taki sposób, żeby spodobało się jedynie konkretnej grupie odbiorców, pomijając przy tym to co działo się wcześniej? 

Może zawsze tak było, a może to kwestia tego, że w przeciągu ostatniego roku dostaliśmy zakończenia kilku popularnych historii, które wywołały burzę w swoich fandomach. Chodzi oczywiście o Avengersów, Grę o tron oraz najświeższy przykład - Gwiezdne Wojny. I chociaż przyznaję, że nie oglądałam ich wszystkich (nigdy nie udało mi się obejrzeć więcej niż trzech odcinków Gry o tron, ale to inna historia), tak wrażenia i echo, które rozbrzmiewało po ich zakończeniu śledziłam we wszystkich trzech przypadkach. I wiecie co? Jeżeli spróbujecie zrozumieć co się tam zadziało i czemu widowni to się nie spodobało, to dojedziecie do podobnych wniosków. A przynajmniej mi tak wyszło. 

Głównym zarzutem, który można usłyszeć jest to, że zakończenie wcale a wcale nie trzyma się kupy, biorąc pod uwagę to czego dowiedzieliśmy się wcześniej, czy to w jaki sposób ewoluowali bohaterowie.  W tym momencie musimy rozgraniczyć dwie rzeczy: rzeczy, które naprawdę miały miejsce oraz szukanie dziury w całym przez fanów. Bo oczywiście, że wszelkiego rodzaju teorie i nadinterpretacje mają wpływ na to jak jest postrzegane zakończenie (szczególnie, kiedy w znaczący sposób zmieniają postrzeganie postaci przez fandom, tak że nie jest one zgodne z kanonem, a jednak wykorzystywane w dyskusjach), ale dla mnie równie oczywiste jest, że nie można oczekiwać, że zostanie to spełnione. Faktycznie, ta granica momentami bywa dość cienka, ale przy odrobinie logiki i zdrowego rozsądku, da się ją znaleźć. 



Dlatego skoro to sobie wyjaśniliśmy, wróćmy do sedna sprawy. W moim rozumieniu, skoro chcemy stworzyć spójną historię, to powinniśmy kierować nią w taki sposób, żeby widz (czy czytelnik, bo to samo tyczy się książek) powinien być w stanie wyłapać do pewnego stopnia, nawet podświadomie kierunek w jakim to wszystko zmierza. Są różne sposoby na zrobienie tego i tak jak napisałam, niekoniecznie musi być to powiedziane wprost - ba! sama nie lubię jak się robi ze mnie idiotkę i wszystkie wyjaśnienia podtyka pod nos. Kojarzycie ten moment w którym docieracie do zakończenia i otwieracie oczy ze zdziwienia, bo w końcu coś co wydarzyło się wcześniej zaczyna mieć sens i to wszystko wyjaśnia? O to mniej więcej mi chodzi. 

Niestety ostatnio wygląda to tak, że przez lata odkrywamy świat i poznajemy bohaterów, żeby na koniec dostać wyjaśnienie od czapy. Mieliście jakieś pytania? O, ktoś Wam odpowie na nie w ostatnim odcinku i na pewno ta odpowiedź nie będzie wynikała z ciągu przyczynowo - skutkowego a może być nawet zaprezentowana jako Deus ex machina. Jeżeli w ogóle dostaniecie odpowiedzi, bo bywa i tak, że nie dostaje się ich dla teoretycznie ważnych wątków - dlaczego? Często się śmieje, że pewnie o tym zapomniano w toku tworzeniu, ale prawda może wyglądać tak, że po prostu nie było na nie miejsca, albo ich rozwiązanie skomplikowałoby i tak skomplikowane zakończenie. A dodając do tego fakt, że w śledzenie długoletnich historii inwestujemy zarówno dużo czasu jak i emocji, to tym bardziej nie powinno dziwić, że w takich sytuacjach czujemy się niezbyt fajnie. 

To tak jakby ktoś pokazał nam jak rozwiązać zadanie matematyczne, wyjaśnił całą teorię,  jakich użyć wzorów, a jak przyszło do sprawdzianu, powiedział, że w sumie to się rozwiązuje trochę inaczej i jednak ten inny sposób jest dobry a nie poprzedni, ale dlaczego - bo tak. 



I teraz pytanie, które intryguje mnie od dłuższego czas - z czego to wynika? Bo z czegoś musi, a stwierdzenie, że po prostu z chęci ułatwienia sobie sprawy, czy lenistwa brzmi zbyt prosto. Nie wyobrażam sobie, że ktoś kto poświęcił tak wiele czasu na stworzenie historii, na sam koniec odpuści i machnie ręką, byleby to skończyć. Chyba, że tu się odzywa moja skłonność do planowania co, jak i kiedy. Chociaż z drugiej strony, mogę sobie wyobrazić, że coś takiego mogłoby mieć miejsce, szczególnie jeśli twórca stracił motywację do pracy, albo przerosła go popularność. 

Ale jak to się mówi - jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Bo chociaż często o tym zapominamy, to największe serie są produkowane nie tyle tylko by podzielić się z nami wspaniałą historią i pokazać coś fajnego. Są tworzone po to by zarabiać. I teraz załóżmy, że twórca ma plan jak dana historia ma się skończyć - wystarczy, że skończą mu się fundusze, albo ktoś inny, kto je wykłada stwierdzi, że coś mu się nie podoba i już możliwość stworzenia czegoś tak jakby się chciało staje się technicznie niemożliwa. Albo po prostu zabroniona. 

Wydaje mi się, że wpływ na to może mieć także odzew publiczności. Wiecie, skoro okazuje się, że niektóre wątki co do których byliście pewni nie zostały zbyt pozytywnie przyjęte, a chcecie utrzymać wyniki musicie podjąć decyzje. Albo będziecie bardzo pewni siebie i swojej wizji i będzie potrafili przekonać do niej innych, albo zdecydujecie się, że możecie odstąpić od swojego pomysłu na rzecz bezpieczniejszych zarobków. I tu pewnie mogłabym rozpisać się o grupach docelowych i jak one mogą wpływać na decyzję, 


Tak jak pisałam wcześniej - widać to w samej atmosferze zakończeń. Ba! Czasami to, że coś nie gra widać nawet dzięki zwiastunom, które często są wypuszczane, kiedy praca nad filmem czy serialem nie została zakończona! Ile razy widzieliście zwiastun w którym pojawiały się sceny, których nijak nie dało się znaleźć w ostatecznej wersji filmu? Czasami kiedy dobrze się przyjrzycie widać, jak niektóre sceny zostały odpowiednio pocięte, żeby miały inne znaczenie. To samo można zobaczyć w przypadku całej oprawy promocyjnej, merchu i wywiadów, kiedy na początku idą jedną stronę, a potem kiedy się do nich wraca wyglądają, jakby były oprawą zupełnie innej historii. 

I jak się tak zastanowić, to człowiekowi tylko zrobi się smutno, że coraz częściej traktowany jest nie tylko jak źródło dochodów, ale wręcz głupie źródło dochodów, któremu wszystko można wcisnąć. 

0 Komentarze