eM nie potrafi w blogowanie (feat. Gosiarella)

Gdyby ktoś miał wątpliwość - na fioletowo pisze eM, na czarno - Gosiarella.

Nie wiem czy wiecie, ale właśnie dzisiaj mija sześć lat od momentu, kiedy w sieci powstała strona na której właśnie się znajdujecie. Nie mogę powiedzieć, że był to początek mojej przygody z blogowaniem, bo już dużo wcześniej miałam swoje krótkie, nastoletnie romanse z internetowymi pamiętnikami czy pisaniem opowiadań na blogu (nie pytajcie, to na całe szczęście nie przetrwało w otchłani internetów - sprawdzałam!). Tyle lat, tyle stron zapisanych tekstów, a ja cały czas mam wrażenie, że coś tu nie gra i nadal nie potrafię w blogowanie. Co niestety potwierdzają inni - w tym Gosiarella, która chyba już oficjalnie została moim poganiaczem do spraw blogowych (przez co z całą miłością nazywam ją Blognazi). A z resztą - przeczytajcie sami jej analizę - dzięki temu pewne sprawy staną się dla Was jasne.

1. eM ma wiecznie sesję. 


Myślicie, że sesja jest tylko dwa razy do roku? Naiwni amatorzy! Gdy chciałam, żeby eM skończyła swoją część dawno zapomnianego przez Boga i Blogosferę odcinka Why So Serious?! dostawałam wiadomość: Wiesz… mam sesję. I nie było znaczenia, czy to był wrzesień, listopad, luty, czy lipiec. eM miała sesję! Albo się do niej przygotowywała. Albo po niej odpoczywała. Tak czy siak widmo sesji ciągnęło się za eM. Czekałam długie lata, aż ta wymówka minie, ale okazało się, że eM miała sesję nawet, gdy skończyła studia. I nie! eM nie jest profesorem wykładającym na uczelni! eM zwyczajnie mam jakąś nieznaną psychologom odmianę PTSD i jak żołnierz wracający z pola bitwy ciągle odtwarza w głowie wydarzenia rozgrywające się za zamkniętymi uczelnianymi drzwiami. Jeśli ktoś obecny na sali jest w stanie ją z tego wyleczyć - Be my guest, bo ja się poddałam!

     2. Jeśli eM nie ma sesji, to właśnie kogoś zaklepuje.

Jesteście tutaj, a to znaczy, że czytacie eM (albo Gosiarellę), więc jest spora szansa, że pamiętacie Złoty Wiek zaklepańców, gdy eM z prędkością Flasha rozsiewała po internetach komentarze, że zaklepuje daną męską postać. Wyprzedzenie jej było niemal niemożliwe, bo często nawet stacja nie zdążyła wyemitować pilotażowego odcinka, a eM już klepała w klawiaturę te 9 literek: Z-A-K-L-E-P-U-J-Ę! A później przez cały czas łokciami i butami wymuszała w komentarzach swoje prawo do zaklepańca. Wiecie ile czasu musiała jej zajmować ta cała szarpanina? Ja też nie wiem, ale widocznie dość, by nie mieć go dostatecznie dużo na pisanie bloga!
Niemniej muszę być uczciwa, więc tak jak studia minęły, tak i okres zaklepywania eM ma już za sobą. Tylko teraz miejsce zaklepańców zajęły szczeniaczki… nie psy! Ludzie, czytacie nasze blogi? To chyba jasne, że chodzi o koreańskie szczeniaczki! I tu przynajmniej wszyscy jesteśmy zgodni, że nie można mieć ich na wyłączność, bo są takie biedne, że potrzebują miłości nas wszystkich. Problem polega na tym, że eM postanowiła wyrwać się przed szereg i obdarzyć ich atencją za wszystkie osoby, które nie oglądają dram i nie słuchają K-Popu, więc znów jest zbyt zajęta słuchaniem BTSów i oglądaniem Sugi. I Jina, bo tylko Jin jest akceptowany przez Gosiarellę, kiedy wysyła jej się informacje o BTS.

Chodzą plotki, że na tym gifie jestem ja za czasów Zaklepańców.
Nie potwierdzam. 


3. Jeśli eM nie ma sesji i nikogo nie zaklepuje, to śpi lub jest bułą

Wierzcie lub nie, ale eM jest jeszcze bardziej leniwą bułą ode mnie. Nowe teksty na blogu pojawiają się niemal wyłącznie dlatego, że systematycznie i mocno śmigam ją batem (a jak wiadomo żadna leniwa buła nie jest całkiem odporna na batożenie). Nie ma za co!
A całkiem poważnie, wiecie jak ciężko śmigać kogoś batem na odległość około 300 km?! Także powtórzę: nie ma za co!

Okey, tym razem już naprawdę będę poważna. Gdy męczę eM, by napisała nowy tekst, to zazwyczaj odbijam się od ściany, bo patrzcie punkt 1 (teraz brzmi: jestem w pracy - biedna pracuje 20h dziennie i jeszcze musi dojeżdżać!) i patrzcie punkt 2 (na niego akurat zawsze ma czas) lub zwyczajnie zmienia się w zombie. Tak, zmęczona eM przypomina zombie. Niby żyje, ale gdy się szturchnie kijem zaczyna się robić agresywna. Niemniej eM sama siebie uważa wtedy za niezwykle zabawną, więc już wiecie kiedy powstają te jej wszystkie suchary.

4. eM to nawet by coś napisała, ale nie wie, czy warto

O ile trzy poprzednie punkty jakimś cudem wywołują mój śmiech lub uśmiech politowania, tak ten punkt przyprawia mnie o atak agresji. Widzicie, wbrew pozorom eM to kreatywna bestia, która od czasu do czasu wpada na całkiem zacny pomysł na artykuł (gdyby nie posiadała tej zalety, a także nie potrafiła ciekawie pisać, to przecież nie poświęcałabym jej ani mojego cennego czasu, ani uwagi). Problem polega na tym, że albo nie ma czasu albo nie wie, czy jest sens poświęcać mu uwagę. Najczęściej oba. W tym momencie eM wyciąga swój magiczny notatniczek, w którym zapisuje pomysł i… zazwyczaj nigdy do niego nie wraca. Przyznam się Wam do czegoś, ale mnie nie bijcie. Pomysł z notatniczkiem sama podsunęłam eM, jako rozwiązanie chronicznego braku czasu, by miała o czym pisać, gdy w końcu go znajdzie. Niestety nawet najlepsze ideę mogą zostać narzędziem zła.

5. Gdy eM już w końcu pisze, to pisze dużo!

Jak wyżej. eM pisze dużo. W kilku różnych plikach. Na kilka różnych tematów. eM mówi, że odnajduje się we wszystkich rozgrzebanych tekstach.
Plotka głosi, że kiedyś jakiś skończyła.

----- Powyższe 5 punktów miało wyjaśnić, dlaczego eM nie umie w blogowanie. Na Gosiarellowe oko wyjaśniło jedynie, dlaczego eM nie ma czasu pisać, więc pozwólcie, że przedstawię Wam szerszy obraz jej problemu. -----

6. Co się dzieje, gdy eM opublikuje artykuł?

W mojej głowie wygląda to tak: małe aniołki przygrywają na flecie, a jednorożce tańcują na tęczy! Tak niezwykłe i szokujące to wydarzenie!
W rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. eM puszy się jak paw, że w końcu W KOŃCU napisała i opublikowała tekst! Ba! Jest z siebie tak dumna, że musi napisać mi o tym wiadomość, żebym czasem nie przegapiła tej wiekopomnej chwili (podejrzewam, że nie tylko ja dostaję taką wiadomość) i właściwie na tym się kończy jej zaangażowanie. Wtedy wkraczam ja pytając, czy rzuciła link na fanpage? Nie wrzuciła, ale zaraz to naprawi. A na Twittera? Nie, ale przecież nie linkowała tam niczego od roku. Wiem, jak to brzmi, ale blogerzy powinni informować czytelników o nowym tekście - zwłaszcza, gdy ich teksty są uzależnione od kaprysów weny. A wierzcie mi mili czytelnicy, że eM wierzy, że przybiegnie do Was mały chomiczek z listowną informacją w paszczy i tak dowiecie się o nowym wpisie na blogu. Dajcie znać, czy ten chomik istnieje, bo postawiłam spore pieniądze, że jednak nie.

Tak wyglądam za każdym razem, kiedy skończę tekst. 

Ps. Moi drodzy czytelnicy, na koniec mam do Was wszystkich gorącą prośbę - bądźcie mili dla eM, bo ona naprawdę nie umie w blogowanie. Zachęćcie ją czasem, by przestała być leniwą bułą. Ułatwicie mi robotę blogonazi, która musi ją regularnie bić. Skoro ja trzymam kij, to Wy dajcie jej marchewkę… albo też walnijcie jej czasem kijem, żeby się opamiętała!

Tu znowu eM. Bardzo bym chciała napisać, że Gosiarella przesadza (co czasami jej się zdarza), ale to wszystko sama prawda. Co więcej, mogę śmiało powiedzieć, że to co przeczytaliście powyżej odzwierciedla 90% mojej historii jeżeli chodzi o blogowanie. Co z pozostałymi 10%? Może kiedyś Wam o tym opowiem.

0 Komentarze