[Popkulturowe wyznania eM] O nieromantycznym romantyźmie


Stwierdzenie, że nie jestem romantyczna to jak stwierdzenie, że woda jest mokra. A przynajmniej w stereotypowym rozumieniu romantyczności. Jestem prawie pewna, że gdybyście spytali się moich znajomych, czy jestem romantyczna to zakrztusiliby się ze śmiechu. I szczerze, to ja nie widzę w tym nic złego. W okresie Walentynek staram się unikać miejsc, gdzie stężenie różowo-czerwono-białych produktów jest zbyt wysokie. Po prostu nie rozumiem, czemu ludzie na siłę kupują kwiatki czy pluszaki, żeby danego dnia wręczyć je drugiej połówce z zapewnieniami o swoich uczuciach. To wszystko wydaje mi się strasznie sztuczna. A czemu to się dzieje, to całkowicie sobie zdaję sprawę - konsumpcjonizm pełną parą, ale to jest temat na zupełnie inny post. Dzisiaj zajmiemy się tym w jaki sposób postrzegam romantyzm i dlaczego jest on dla mnie strasznie nieromantyczny. 

I nie, nie dotyczy to epoki literackiej, bo akurat ten romantyzm uwielbiam. 

Zanim zabrałam się za pisanie, specjalnie otworzyłam wyszukiwarkę i przejrzałam kilka list najbardziej romantycznych filmów wszech czasów. Czy byłam zdziwiona jakie znalazły się tam tytuły, które się znalazły? Nie. Czy uważam, że są one romantycznymi historiami w moim odczuciu? Niekoniecznie

Od kiedy tylko pamiętam, wszystkie filmy z kanonu tych najbardziej romantycznych wyciskaczy łez nie wywoływały u mnie żadnych emocji. Chociaż może lepiej to ujmę, stwierdzając po prostu, że nie wywołują u mnie emocji, które miały wywołać. Bo jakieś są - tylko najczęściej jest to zniecierpliwienie i rozbawienie (nie zapominając o wywracaniu oczami). Ale hej, to też są emocje, prawda? 

Co więcej, coraz częściej dochodzę do wniosku, że filmowe romanse to takie bajki Disneya dla dorosłych. Chociaż czasami trochę bardziej poważne (ale ja nie wiem czy to akurat na plus, bo chyba jednak wolę gadającego zwierzęcego pomocnika, niż mało rozgarniętych najlepszych przyjaciół głównych bohaterów, których jedynym zadaniem jest bycie zabawnymi), to wniosek jest często ten sam: i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. I chociaż takie przesłanie w świecie, gdzie ciągle słyszymy jak jest źle przydaje się, żebyśmy całkowicie nie stracili chęci życia, tak wydaje mi się, że ludzie, a szczególnie kobiety czasami stawiają sobie podświadomie te historie za wzór miłości i romantyzmu. A o tym, że bajki Disneya uczą nas rzeczy, które niekoniecznie będą dla nas dobre wiemy bardzo dobrze (a jak nie wiecie, to zaraz się dowiecie)

Ba! Jestem bardzo ciekawa jak takie filmy ogląda się osobom, które prowadzą terapie dla par. No bo popatrzmy, już w przypadku znanego przez wszystkich przypadku Romea i Julii, gdzie nie tylko krótki staż związku, ale również brak komunikacji przyczynił się do wszystkiego co się wydarzyło. Potem mamy Pamiętnik, w którym z tego co pamiętam, to większość czasu główni bohaterowie na siebie krzyczeli (albo co najmniej mówili podniesionym głosem). I chociaż doceniam cały przekaz filmu, tak sama historia początków znajomości za nic do mnie nie przemawia. To tylko przykłady z dwóch filmów a tego jest jeszcze dużo więcej. I nie chodzi tu o to, żeby nie pokazywać negatywnych strony związku czy miłości - tylko trzeba to odpowiednio zrobić, żeby potem się nie okazało, że niektóre rzeczy nikogo nie dziwią. 

Zawsze zastanawiało mnie też opisywanie romansów jako wyciskaczy łez. Wiecie, ja naprawdę mało kiedy płaczę na filmach - a jak już płaczę, to zazwyczaj w momentach, kiedy nikt inny tego nie robi. No dobra, przepłakałam cały seans Gwiazd Naszych Wina, ale była to chyba jedyna książka i film które tak przepłakałam (i dobrze, że to zrobiłam, bo inaczej nie zostałyby mi zaliczone nastoletnie lata) - w tamtym czasie jakoś szczególnie mocno do mnie trafiła ta historia. Ale nie tyle co sam romans, tyle to co działo się oprócz niego i to jak to wszystko było ze sobą połączone. 

I tu chyba dochodzimy do sedna sprawy. Posiadam trochę inny rodzaj wrażliwości, niż ten do którego zazwyczaj odwołują się twórcy historii romantycznych czy ludzie zajmujący się ich promocją. Coś co może dla większości (chociaż czym jest większość?) być romantyczne, dla mnie zazwyczaj takie nie jest. Wolę bardziej subtelne zagrania, wręcz bardziej przyziemne - dla mnie wypełnienie pokoju kwiatami nie będzie czymś czym bym się zachwyciła, a marnotrawstwem i kwiatów i pieniędzy. Uwielbiam filmy w których historia nie skupia się jedynie na związku, ale jest tam coś więcej. Ba! Jakbym chciała zrobić listę swoich ulubionych popkulturowych związków, pewnie większość z nich byłaby tymi z drugiego planu. Takich, w których wspierają się i walczą razem (czasami nawet dosłownie, bo moja reakcja na dobrze rozplanowane choreografie scen walk, gdzie para wspólnie walczy z przeciwnikami jest podobna do tej, którą pojawia się podczas scen z pocałunkami w deszczu u innych), bez większego patosu, czy zachowywania się permanentnie jak nastolatki (chyba, że są nastolatkami, wtedy mają niewielką taryfę ulgową). Takie historie w których nie potrzeba ogromnych gestów, czy wielkich słów, żeby pokazać co się czuje do tej drugiej osoby.

Pewnie zaraz ktoś napisze, że przecież to oczywiste, że się różnimy i każdy może inaczej odbierać te same rzeczy. Niby tak, ale potem się okazuje, że niektóre rzeczy zakorzeniły się tak głęboko, że zrozumienie, że ktoś jest inny może być trudne. Dlatego żeby pokazać tę różnorodność (albo obalić moją tezę), napiszcie co uznajecie za romantyczne i czy Wasza definicja romantyczności chociaż trochę jest podobna do tej powszechnie uznawanej.

0 Komentarze