Co z tym YA?


Czy ktoś mi może powiedzieć co się dzieje z YA? 


Może zapytam trochę inaczej, czy ktoś oprócz mnie zauważył, że w świecie YA (jeśli można to tak nazwać) dzieje się coś dziwnego? A żeby Wam dokładnie wyjaśnić o co mi chodzi, przejdziemy przez tok myślowy, dzięki któremu doszłam do takiego wniosku. Zapnijcie pasy. 


Wszystko zaczęło się od tego, że próbowałam sobie przypomnieć jaki był ostatni największy hit wydawniczy YA. Wiecie, taki naprawdę duży, który wszyscy czytali i który spowodował, że powstała MASA książek o podobnej tematyce. Tak jak to było na samym początku, a przynajmniej w momencie, który ja uznaję za początek, czyli w przypadku Harry’ego Pottera oraz później, kiedy pojawił się Zmierzch czy nawet później w przypadku Igrzysk śmierci. Ktoś może powiedzieć, że wszystkie te tytuły to fenomeny i że fenomeny mają to do siebie, że nie zdarzają się zbyt często, ale patrząc na to jak przez kilka lat jeden ustępował drugiemu i obecny brak, wydaje się dość…

Zastanawiający. 


Może to kwestia promocji? Teoretycznie możliwości promocji książek jest więcej niż było kiedyś, ale może to właśnie przez ten nadmiar, nic tak naprawdę się nie wybija? Ciągłe porównania, hasła o następcach popularnych tytułów już dawno nauczyły czytelników, żeby zbyt nie wierzyć w zapewnienia na okładkach. Wrażenia nie robi również informacja o wykupionych prawach do ekranizacji - obecnie co druga bardziej promowana książka posiada taką informację. Przy czym wszyscy dobrze wiemy, że samo wykupienie praw, to dopiero początek długiej drogi, do końca której dociera tylko kilka projektów. 


A może to dlatego, że wydawnictwa zobaczyły ile mogą zarobić na czytelnikach YA i postanowiły iść na ilość a nie na jakość? Bo w końcu nie od dzisiaj wiadomo, że na właśnie na tej grupie docelowej można dobrze zarobić, bo czyta ona dużo i potrafi wydać dużo na książki (plus lubi się chwalić w internetach swoimi zakupami, więc część promocji dostają gratis), więc po co robić, jeśli można zarobić, ale się nie narobić? I mówię to głównie o zagranicznych wydawnictwach, bo jeśli chodzi o te polskie, to sytuacja wygląda jeszcze inaczej. Wiecie, na niekorzyść polskich wydawnictw działa to, że coraz więcej osób zna język angielski na takim poziomie, że jest w stanie czytać książki w tym języku, plus sam dostęp do nich jest coraz łatwiejszy (o czym już nawet pisałam), więc wiedzą, że powinni wydawać sprawnie (ktoś pamięta, jak na tłumaczenie kolejnych części Harry’ego czekało się ponad rok?) bo inaczej część czytelników zdecyduje się na sięgnięcie po oryginał (ale o tym i o innych wyzwaniach przed polskimi wydawnictwami mam nadzieję, że porozmawiamy innym razem). Patrząc jednak szerzej z obu perspektyw (polskiej i zagranicznej) - na rynku YA robi się coraz ciaśniej i z roku na rok trudniej znaleźć niszę (nie mówiąc już o jakimś większym hicie wydawniczym). 


Zatrzymajmy się jeszcze nad grupą docelową. Wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerowałyby, że książki z gatunku YA - czyli Young Adult, jak sama nazwa wskazuje będą targetowane do młodzieży. Trochę młodszej lub starszej, ale jednak młodzieży. Po części nadal tak jest, jednak mam wrażenie, że trochę przez przypadek powstała jeszcze jedna, dość wierna grupa odbiorców YA o której istnieniu wydawnictwa zdają sobie sprawę - a mianowicie osoby, który zaczytywały się w tego rodzaju książki, kiedy były grupą docelową i mimo tego, że dorosły nadal je czytają. Co nie dość, że nie jest niczym złym, tak może wynikać z bardzo prostej przyczyny - coraz częściej pojawiają się wątpliwości co do tego co powinno być uznawane za YA, a co już nie (tutaj odsyłam Was do świetnego posta u Ultramaryny na ten temat). Do tego jeszcze dochodzi wciskanie na siłę autorek fantasy do YA, bo przecież kobiety nie są w stanie napisać pełnoprawnego fantasy a w grupie docelowej młodzieżówek mamy więcej płci żeńskiej, więc przecież będzie to łatwiej sprzedać. 


W tym momencie, YA to dla mnie swego rodzaju wydmuszka, która kiedyś coś znaczyła a w tym momencie teoretycznie może być literaturą skierowaną do młodzieży, ale nie musi. Co przyczynia się w dużej mierze również do przepełnienia rynku. Książki z tego gatunku są też jednymi z najbardziej promowanych książek (i to na wielu płaszczyznach), jednak taka promocja wcale nie daje większych efektów (dawno nie było tytułu na miarę poprzednich fenomenów).


Z jednej strony to wszystko powoduje, że mam wrażenie, że YA takie jako znamy umiera. Ale jak coś, co nadal generuje tyle książek może umrzeć? Jak myślicie, czy nastąpi moment, w którym YA wróci do tego czym było - czyli literaturą dla młodzieży, a książki, które znalazły się w tym gatunku tylko ze względu na promocję (i płeć autorki) dostaną nową etykietkę? 


A może pojawi się zupełnie nowy gatunek, który zmiecie z planszy wszystko co znamy i pojawią się nowe zasady gry? 


0 Komentarze