Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

15:28

[SPOILERY] ... and Peggy!

[SPOILERY] ... and Peggy!

To co przeczytacie za chwile nie będzie recenzją. Nazwałabym to raczej terapeutycznym wyrzuceniem z siebie największego problemu jaki mam z Avengers: Endgame a który pojawił dosłownie w ostatnich minutach tego filmu. Dlatego chyba nie muszę ostrzegać, że w poniższym tekście znajdziecie spoilery. I to z całego dotychczasowego filmowego uniwersum Marvela

Kiedy ktoś się mnie pytał kto jest moim ulubionym Avengersem - zawsze miałam problem z wyborem któregoś z nich. Niby każdego na swój sposób lubiłam (jednych bardziej, drugich mniej, a pozostały był Kapitanem Ameryką), ale wobec żadnego z nich nie żywiłam uczuć, które można byłoby podsumować stwierdzeniem: Mój Ci On (bądź ona). Za to kiedy ktoś mnie spytał, kogo najbardziej lubię z MCU bez wahania wskazywałam Peggy Carter.

Peggy, której może nie było zbyt wiele na ekranie kinowym, ale która podbiła widzów w serialu w którym była główną bohaterką (nadal nie wybaczyłam twórcom, że nie dostaliśmy trzeciego sezonu!). Peggy, która na każdym kroku udowadniała, że kobiety potrafią coś więcej niż przepisywać raporty czy chodzić po obiady dla współpracowników, bo pamiętajmy w jakich latach się to działo (mniej więcej 1946) i otoczenie (w skrócie: wojskowe).


Ta, która pod każdym względem przeżyła tak wiele, ale walczyła o to w co wierzyła i nigdy się nie poddawała i spokojnie może być uznawana jako jeden ze wzorów wytrwałości i walki. Wspomnijmy też o tym, że Hydra wróciła do gry dopiero po tym jak Agentka a raczej Dyrektor Carter przeszła na emeryturę (nie mówię, że ktoś się chyba jej tu bał, ale dokładnie to mówię).

Kobieta, bez której nie byłoby Avengersów (możemy się bić, nie zmienię swojej opinii).

Kobieta, która skończyła jako nagroda dla Kapitana Ameryki, bo czemu by nie.

I wiecie co? Mocno mnie to zabolało. W ciągu kilku ostatnich minut filmu jak dla mnie całkowicie zniszczono historię postaci, która była jedną z nielicznych w MCU, która nie miała żadnych dodatkowych mocy a bez której większość z tych superbohaterów nie dałaby sobie rady. Cała ta historia, cała jej praca została wymazana w rekordowym tempie, kiedy koniec końców okazało się, że Steve Rogers łaskawie wrócił do przeszłości, żeby z nią być. No bo przecież to takie romantyczne było, że hej! Nie wspominając o tym, że pewnie się nie znam, bo superbohaterowie zawsze powinni dostać nagrodę w postaci związku ze swoją pierwszą i jedyną (co jest bardzo ważne!) miłością. Nie powiem, widzę w tym chaosie pewną logikę i może mogłabym się z tym zgodzić, gdyby tu nie chodziło konkretnie o tych bohaterów o których chodzi. W tym przypadku czuję jednak, że czegoś zabrakło a wręcz wydaje mi się, że kilka kwestii nie zostało przemyślanych.



Jak to zwykle bywa, kiedy do historii wkraczają podróże w czasie - musimy być przygotowani na powstanie alternatywnych rzeczywistości lub na wyraźne zmiany, które będą miały miejsce w linii czasu w której obecnie się znajdujemy (a to wszystko w zależności od kreatywności twórców). Jeżeli chodzi o Avengers: Endgame to ani jedna ani druga opcja nie tłumaczy w pełni wątku Kapitana Ameryki pozostającego w przeszłości, żeby cieszyć się życiem u boku Peggy Carter, a następnie pojawiającego się jak starsza wersja siebie.

Zacznijmy od wersji w której Steve cofa się do przeszłości w swojej linii czasowej. Pojawia się podstawowe pytanie - w którym roku nastąpiło jego spotkanie z Peggy? Logicznym wydawałby się rok 1970 do którego musiał wrócić, żeby oddać jeden z kamieni nieskończoności. Jednak z punktu widzenia tego całego pomysłu ‘spędzenia życia z Peggy’ nie miałoby to sensu - Peggy była wtedy mężatką już kilkadziesiąt (!!!) lat, plus miała dwójkę dzieci. Co więcej, nawet trochę wiemy o tym mężu, bo w wywiadzie, którego udzieliła w 1953 roku powiedziała, że został on uratowany razem z innymi żołnierzami przez Kapitana Amerykę w 1945 (plus wspomniała o tym jak Steve ‘zmieniał jej życie nawet nie będąc żywym’).

Dlatego jeżeli rozmawiamy o głównej linii czasowej i Rogersa, który się w niej pojawia, mamy kilka problemów. Po pierwsze, jeżeli mężem Peggy nie został mężczyzna o którym opowiadała a Steve - powinny pojawić się zmiany w teraźniejszości (wiecie, efekt motyla - jedna mała zmiana, a wszystko się sypie). Po drugie, jeżeli jednak tym tajemniczym mężczyzną był sam Kapitan Ameryka (i dlatego w teraźniejszości nic się nie posypało) to pojawia się kilka kolejnych pytań: jakim cudem udało im się ukrywać jego tożsamość? I czy wierzycie, że byłby on zdolny przemilczeć (i przesiedzieć) tyle wydarzeń, które miały miejsce na świecie a o których doskonale zdawał sobie sprawę? Serio?

(Mogłam jeszcze wspomnieć o tym, że Steve przez chwilę romansował z Sharon Carter, której Peggy była ciotką, ale nie myślmy o tym, bo zrobi się jeszcze dziwniej)



Druga wersja zakłada Kapitana Amerykę, który cofnął się w czasie, ale trafił do innej linii czasowej, przez co skutki zmian nie są odczuwalne w teraźniejszości. Podobnie w przypadku innych wątków Ma to sens, gdyby nie to, że starsza wersja Steve’a po prostu sobie siedzi kilkadziesiąt metrów od miejsca w którym powinna się pojawić, jakby po prostu przyszedł na umówione spotkanie ze starymi znajomymi. Wtedy też pojawia się pytanie - co się stało z Rogersem z linii czasowej do której wprosił się ten z głównej linii? Dlaczego postanowił jednak wrócić? Tego nie wiemy i pewnie nigdy się nie dowiemy.

Całościowo jako film, Avengers: Endgame naprawdę mi się podobało - był to jeden wielki rollercoaster emocji i wydarzeń, zakończony spektakularną sceną walki, która na długo pozostanie w mojej pamięci. Podczas seansu byłam zachwycona tym ile razy twórcy puszczali do nas oko a zarazem szykowałam się na pożegnanie z kilkoma bohaterami, co przy takiej skali historii wydawało się wręcz nieuniknione (i bardzo dobrze!).



Dlatego tym bardziej zabolało mnie, że do pożegnania się z jednym z nich użyto jednej z najbardziej wartościowych postaci i to w taki sposób. Marvel nigdy nie był specjalistą, jeżeli chodzi o kreowanie historii bohaterek w swoim uniwersum (chociaż teraz jest trochę lepiej, od kiedy dostaliśmy Carol Danvers!), ale to co zrobili z Peggy uważam za jeden z ich największych błędów.

14:16

[film] Bajecznie bogaci Azjaci

[film] Bajecznie bogaci Azjaci

Gdyby ktoś mnie zapytał, czego się spodziewam idąc na Bajecznie bogatych Azjatów, prawdopodobnie powiedziałabym, że to będzie coś w stylu azjatyckiej dramy, ale polanej dość dużą ilością amerykańskiego sosu.

I trochę tak było. A z resztą sami się przekonacie, kiedy przejdziecie razem ze mną przez podstawowe elementy, które można znaleźć (w prawie) każdej dramie. Ale zanim zaczniemy, warto byłoby wspomnieć, że Bajecznie bogaci Azjaci, to ekranizacja książki (co ostatnio wygląda na dość popularny trend w Hollywoodzie) o tym samym tytule, którą napisał Kevin Kwan (gdyby ktoś był ciekawy - powstały nawet kolejne części!).

Sama historia jest prosta i jak już wspomniałam wcześniej z łatwością znajdziecie w niej elementy typowe dla dram (i tak naprawdę nie tylko dla dram). Tak jak na przykład scena pod prysznicem (spoiler/nie spoiler - sześciopak też jest obecny!). No dobrze, koniec żartów. Nasza główna bohaterka (Rachel) jest typowym Kopciuszkiem - pochodzi z niezbyt zamożnej rodziny i całe życie ciężko pracowała, żeby spełnić swoje marzenia (dlatego została profesorem ekonomii zajmującym się teorią gier. Naprawdę nie chcę oceniać marzeń innych ludzi, no ale nie. No nie. Ci co musieli zdawać teorię gier na studiach pewnie mnie zrozumieją). Co najlepsze, poznajemy ją, kiedy już jest ze swoim Księciem z bajki (Nickiem), tylko nie zna jeszcze jego tożsamości. Ale to się szybko zmienia, kiedy Książę zabiera ją do Singapuru, żeby poznała jego rodzinę (niby przy okazji, ale wiecie jak jest). To co się później dzieje, to zbiór typowych akcji zazdrosnych, wrednych dziewczyn, które uwzięły się na bohaterkę, bo udało jej się złapać Księcia. Dodajcie do tego rodzinę (a raczej matkę), która nie chce zaakceptować Kopciuszka i macie prawie cały obraz sytuacji.

Ale zanim zaczniecie marudzić, że to pewnie w takim razie to wszystko przewidywalne, już wiecie jak to się skończy i w ogóle do kitu, to napiszę, że bardzo dobrze się bawiłam będąc na Bajecznie bogatych Azjatach w kinie, bo w ogólnym rozrachunku to film przyjemny dla oka, który nie wymaga żebyśmy używali szarych komórek (co brzmi strasznie, ale sami przyznacie, że czasami takie filmy są potrzebne), tylko rozsiedli się wygodnie w kinowym fotelu i dali się porwać historii.

I chociaż scenariusz nie zaskakuje, to ciekawie jest obserwować jak bardzo na nasze zachowanie (i przede wszystkim życie) wpływa miejsce w którym się wychowaliśmy. Chociaż Rachel identyfikuje się jako Chinka, tak rodzina Nicka jednoznacznie traktuję ją kogoś obcego - Amerykankę (oczywiście straszną, samolubną i myślącą tylko o sobie, nigdy o rodzinie!).

Ale Bajecznie bogaci Azjaci to nie tylko historia - to też piękne widoki, równie pięknie stroje i biżuteria. A także spora dawka humoru. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej Bajecznie bogaci Azjaci przypominają mi coś, co mogłoby być nawet dzieckiem Plotkary (bo stroje, imprezy i ogólna sugestia ile tam pieniędzy została włożone jest bardzo plotkarowe) i azjatyckich dram (gdyby formaty serialowe mogłyby mieć dzieci w formie filmu. Albo gdyby w ogóle seriale mogłyby mieć dzieci).

Świetnym zabiegiem było również wykorzystanie soundtracku składającego się w większości (jeżeli mnie uszy nie mylą) z azjatyckich utworów, bądź znanych hitów z chińskim tekstem. Bo gdyby to jeszcze do Was nie dotarło - w tym filmie grają prawie sami Azjaci. A wszystko dzieje się w większości w Singapurze. Mam nadzieję, że nikt nie jest zdziwiony tą informacją, a jeżeli jest i nie może się z tym pogodzić - to niech lepiej nawet nie próbuję tego filmu oglądać.

Jeżeli macie wolne dwie godziny i chcecie obejrzeć coś lekkiego, przy czym będziecie się dobrze bawić i jesteście otwarci na inne kultury? Myślę, że Bajecznie bogaci Azjaci będą dobrym wyborem dla Was.

18:21

Przeuroczy film z nadmiarem nagród (La la land)

Przeuroczy film z nadmiarem nagród (La la land)
[Zwiastun]
Wiecie jak to jest z filmami, które zgarną mnóstwo nominacji (a potem cały worek ważnych nagród).
Wszyscy chcą je zobaczyć (no bo przecież to musi być dobre!), wszyscy (no dobra, prawie wszyscy) nastawiają się na coś wspaniałego (no bo przecież musi takie być!), a potem wszyscy (no wiecie, co o eM chodzi) zastanawiają się, czy na pewno oglądali ten sam filmy co krytycy. 

A przynajmniej takie odczucie bardzo często towarzyszy eM. 
Dlatego, kiedy pojawia się film, który szturmem zdobywa uznanie i wszystkie nagrody, eM jest podejrzliwa. Nawet bardzo. Szczególnie, że przez takie zamieszanie, jej oczekiwania rosną. 

Całe szczęście, jakimś dziwnym trafem, eM dowiedziała się o istnieniu La la land, na jakiś czas przed tym całym Hej, zdobyliśmy 7 Złotych Globów i mamy 14 nominacji do Oscara. 

I chociaż eM miała swoje obawy, że znowu nie zrozumie o co to całe zamieszanie, tym razem było to niepotrzebne. 

eM jest kupiona. 
Okej, może i to nie jest film na miarę tych wszystkich nagród, ale jest przecudowny.
I uroczy. 

Prawdopodobnie tak wyglądała eM opowiadająca o filmie zaraz po seansie.

Zacznijmy od tego co widać od razu. 

La la land jest pięknym filmem. 
Od samego początku czuć, że twórcy chcieli nawiązać do klasyki kina i to się im udało (a przynajmniej na tyle na ile eM kojarzy klasykę kinową)

Ba! Zauważyliście, że nawet najnowsze osiągnięcia technologiczne są ograniczone do niezbędnego minimum. Nie ma mediów społecznościowych. Nie ma wielkich kompleksów filmowych. 

Szerokie ujęcia, klimatyczne miejsca, zabawa kolorami - to wszystko spowodowało, że eM czuła się, jakby na jej oczy nałożono balsam.

No dobrze, oprócz momentów, gdzie ewidentnie było widać, że aktorzy pracowali na zielonym ekranie. To bolało, ale nie było tego tak dużo, żeby popsuło wrażenie o całym filmie.

Przy okazji: jeżeli ktoś wie, gdzie znaleźć sukienki w stylu tych, które nosiła Mia to dajcie znać. Koleżanka szuka. No i eM może też. 

Przypadek? No chyba nie!

Piękny obrazek dopełnia gra Emmy Stone i Ryana Goslinga, bo nie ukrywajmy, La la land jest ich filmem. Owszem, w tle przewijają się inni bohaterowie, ale są wręcz niezauważalni.

To może być też kwestia chemii między nimi, bo nie da się zaprzeczyć, że ją mają. W końcu nie graliby razem w tylu filmach (trzech?) gdyby jej nie mieli. Po za tym, powiedzmy sobie szczerze dobrze jest na nich popatrzeć. Szczególnie, kiedy scenografia w tle też jest ładna.

W tym momencie, eM chciałaby doprecyzować jedną sprawę: La la land nie jest typowym musicalem. Chociaż mogłoby się tak wydawać po wszystkich opisach i pierwszej scenie (która, jak się potem okazuje idealnie odzwierciedla to co się wydarzy w filmie. No dobra, nie ona, a piosenka w niej, ale łapiecie o co chodzi). Piosenki ( i muzyka w ogóle) są ważnym elementem, ale nie jest ich jakoś szczególnie dużo. I jeżeli eM ma być z Wami szczera, to dopiero po przesłuchaniu piosenek w domu udało jej się do nich przekonać w stu procentach, bo w kinie bardzo nie pasował jej do tego wszystkiego głos Goslinga.

Ale jak już wpadły eM w ucho, to trudno było jej się od nich uwolnić.   

Przykład odpowiedniej motywacji

To może w końcu eM napisze o czym tak naprawdę jest La la land

To historia, którą słyszeliście lub widzieliście już wiele razy. Serio. Nic odkrywczego. 
Dwoje ludzi, którzy mają marzenia, żeby zaistnieć w świecie filmu i muzyki, jednak życie ciągle stawia im kłody pod nogi. Aż tu pewnego dnia, przypadkiem się spotykają. I chyba eM nie musi Wam opowiadać co było dalej. Droga do sławy nie jest łatwa, a marzenia nie spełniają się ot tak. 

Jednak jest coś, co powoduje, że historia różni się od tego co mogliście już widzieć, a jest to zakończenie. Szczerze powiedziawszy, eM od dawna nie widziała tak dobrego zakończenia  tak przewidywalnej historii. 

Bo historia w połączeniu ze scenografią, wyglądem aktorów, muzyką i śpiewem mogła być przesłodzonym, kiczowatym tworem. Tak się nie stało. Dostaliśmy historię, która mimo swoich kolorów, mimo pięknych obrazów pokazuje nam, że czasami trzeba dokonać wyboru, który zaważy na naszym dalszym życiu. 

Czy La la land zasługuje na te wszystkie nominacje i nagrody?
eM się powtórzy i napisze, że ten film jest przeuroczym filmem, do którego będzie można wracać w długie, ponure jesienne wieczory. Zrozumiałaby gdyby dostał kilka nagród, jednak to co się dzieje? To trochę za dużo. 

Przez to ludzie nastawiają się na coś, co spowoduje, ze spadną im kapcie z nóg (a raczej buty? bo chyba nikt nie chodzi w kapciach do kina). Zamiast spróbować poczuć klimat i zobaczyć co będzie się działo, próbują zrozumieć czemu ten film otrzymał tyle nagród i nominacji. I kiedy tego wyjaśnienia nie znajdują, są rozczarowani. Nic dziwnego. 

eM się podobało. Dawno nie widziała tak uroczego, dobrze zrobionego filmu. 
Jeżeli jeszcze go nie widzieliście, nie dajcie się ponieść oczekiwaniom. Spróbujcie podejść do seansu z otwartą głową. 

Wszystkie GIFy, które widzieliście, możecie znaleźć TUTAJ

16:14

Kiedy wojna dociera do Gwiezdnych Wojen (Rogue One)

Kiedy wojna dociera do Gwiezdnych Wojen (Rogue One)
Nikt nie zmusi eM do tego, żeby nazywała ten film Łotrem 1. 
No chyba, że będzie miała akurat jakiś suchar pod ręką w tym temacie. 
Tak żebyście wiedzieli.
Tekst może zawierać śladowe ilości spoilerów. 

eM nie wie dlaczego to dopiero pierwszy post na jej blogu związany z Gwiezdnymi wojnami.
No dobra, może i nie wychowała się na nich, a pierwsze co pamięta to piękne sukienki Padme (niektóre rzeczy się nigdy nie zmieniają) w którymś z młodzieżowych magazynów (to chyba była Trzynastka. Ktoś kojarzy Trzynastkę?), ale jednak z jakiegoś powodu radośnie rezerwuje bilety na seans blisko premiery (to wcale nie ma nic wspólnego z tym, że dzięki temu nie musi się zastanawiać nad prezentem imieninowym dla PapyeM) a potem śledzi wszystkie możliwe teorie na tumblrze. 

Może to kwestia tego, że gdzieś w głębi przyzwyczaiła się do tego, że Gwiezdne wojny, to dobra rozrywka, gdzie księżniczki (i nie tylko!) potrafią dbać o swoje (chociaż czasami przydaje się ktoś do pomocy), mamy urocze, niezniszczalne droidy, stormtrooperzy nigdy nie trafiają w bohaterów, a jak coś nie wyjdzie, to na pewno moc jest z nimi, więc nic strasznego się nie stanie, prawda? Jasne jest jasne a ciemne jest ciemne (i według niektórych ma ciasteczka)



Rogue One jest inne. Nic dziwnego, przecież od początku było wiadome, że będzie to historia zamykająca się w jednym filmie, która jedynie w pewnym stopniu będzie związana z perypetiami Skywalkerów i spółki. I to widać. 

Bajka się skończyła. Zaczęła się wojna. 
Po raz pierwszy w Gwiezdnych wojnach nikt nie jest bezpieczny. Stormtrooperzy zaczynają strzelać i ku zdziwieniu widowni - trafiają. Nagle nie ma bohaterów, są ludzie wykonujący rozkazy i problemy z tym związane. Czy na pewno Ci, których uznajemy za dobrych są bohaterami? 
No i Ci źli też niekoniecznie muszą być złem wcielonym. 

I właśnie z tego powodu, eM rozumie dlaczego krytycy zachwycają się Rogue One. Jeżeli chodzi o historię, to ma on wszystko to, czego można wymagać od filmu opowiadającego o wojnie, nawet jeżeli chodzi o taką mającą miejsce dawno, dawno temu w odległej galaktyce. 

Z drugiej strony, jest ogromny niedosyt, jeżeli chodzi o bohaterów. 
Było ich naprawdę wielu i o każdym z nich chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej. Niestety, właśnie przez to, że historia miała się zamknąć w jednym filmie (a raczej pokazać co się działo przed Nową Nadzieją) a bohaterów było tylu, że spokojnie starczyłoby materiału na kolejną trylogię, eM nie poczuła nich jakiegoś większego przywiązania. Chociaż ich naprawdę polubiła! 


Byli? Super. Byli ciekawi? Fajnie. Jak się nazywali? Eee...

Jeżeli chodzi o zakończenie, to z punktu widzenia tego, co się wydarzyło w Rogue One oraz tego, co miało się wydarzyć w Nowej nadziei, chyba nie można było wymyślić lepszego rozwiązania. Takiego, które zamyka wszystkie wątki, a zarazem chociaż pozostawia niedosyt, pozwala na zrozumienie, że tak musiało być. 

I chociaż to Gwiezdne Wojny, chociaż znowu mamy droida, którego chciałoby się dostać pod choinkę (K-2SO, gdyby ktoś się pytał, eM specjalnie sprawdziła!), mamy nawet sporo humoru w ponurych czasach, to Rogue One nie jest filmem dla dzieci. Jest mroczniej, 

Czy film o zdobyciu planów Gwiazdy Śmierci był dobry? Tak. 
Czy jest to film, który powinien zobaczyć każdy? Raczej jest to dobra historia dla ludzi, którzy już są zaznajomieni z Gwiezdnymi Wojnami tak, aby pokazać im, że nie wszystko we wszechświecie kręci się wokół Skywalkerów. 

Czy wiecie, że w Internetach chodzą słuchy, że Rogue One miało mieć inne zakończenie? 
Serio, serio. 

21:49

Wszyscy kochają Niuchacza, czyli porozmawiajmy o Fantastycznych Zwierzętach

Wszyscy kochają Niuchacza, czyli porozmawiajmy o Fantastycznych Zwierzętach

Po tym jak scenariusz Przeklętego Dziecka okazał się jednym wielkim nieporozumieniem, które  nie ma prawie nic wspólnego z klimatem świata Harry'ego Pottera, eM starała się nie nastawiać w jakikolwiek sposób do kolejnego w tym roku powrotu do świata magii stworzonego przez J.K. Rowling. 

Całe szczęście, nie było się czym martwić. 
Może i eM nie oszalała na punkcie tego filmu, ale Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć są historią na którą Potteromaniacy czekali. 

Zacznijmy od tego, że tym razem naprawdę można poczuć, że to Rowling maczała palce w tworzeniu tego filmu. W pewnym momencie eM nawet ochrzaniła się w duchu za to, że nie przeczytała najpierw książki, po czym dopiero po chwili zorientowała się, że takowa nie istnieje.

To znaczy istnieje wydany scenariusz (PIĘKNIE wydany scenariusz, eM trzyma kciuki, żeby polska wersja była równie piękna!), ale wiecie, to nie to samo.
Po za tym eM nie podchodzi do scenariuszy ze świata Pottera bliżej niż na odległość kija. A przynajmniej na razie.

Trauma po Przeklętym Dziecku pozostała. 

Spokojnie Newt,tym razem nie trzeba pić, żeby wciągnąć się w historię. 

Fantastyczne Zwierzęta próbowały przekonać do siebie eM jeszcze zanim znalazły się w kinie. Bo kiedy eM widzi:
  • świat, który zna i kocha, 
  • rozbudowanie go, dzięki nowym, STARSZYM bohaterom,
  • Nowy Jork w magicznej wersji, 
  • 1926 rok. 
to eM jest kupiona. 
A wtedy musi bardzo uważać na swoje serduszko, żeby nie zostało szybko złamane przez twórców lub ludzi zajmujących się promocją, którzy nie znają słowa SPOILER. 

Tym razem serce eM jest całe i nadal zachwycone. 
Może i nie był to najlepszy film w tym roku, może i ma swoje problemy (po co używać różdżki skoro można biegać?), ale to co można było zobaczyć wystarczyło, żeby naprawdę czekać na kolejną część. A raczej części, bo miała być trylogia, a chodzą słuchy, że będzie z tego coś więcej. 
eM nie ma zamiaru na to narzekać. 

Ale co z historią, zapytacie się? 

Myślicie, że wszystkie najlepsze sceny zostały już pokazane w zwiastunach i nic Was nie zaskoczy?
Ha! I tu się mylicie.

Uśmiech dla Newta? Zawsze! 
Oczywiście podstawę stanowi to, czego od początku mogliście się spodziewać.
Czyli przeuroczego Newta, który biega po Nowy Jorku, bo musi złapać swoje zwierzątka (bo tak mu przez przypadek, no wiecie. Uciekły. Każdemu może się to zdarzyć!) przy okazji zaprzyjaźniając się z ciekawymi ludźmi, wspólnie przeżywając przygody i zabawne sytuacje.
Gdyby Fantastyczne Zwierzęta opierały się jedynie na tej historii, to mielibyśmy przeuroczą bajkę.

Jest jeszcze druga, mroczniejsza strona o której lepiej w tym momencie nie opowiadać.
Czemu? Jeżeli jeszcze nie oglądaliście filmu (jeżeli jesteście fanami Pottera, to czemu tak się stało?), lepiej będzie, jeżeli sami ją odkryjecie.

Musicie być gotowi na poznanie innego podejścia do magicznego świata.
Zarazem jednak, pamiętajcie nauki Szaloonokiego Moody'ego (STAŁA CZUJNOŚĆ!) i wypatrujcie do nawiązań do wydarzeń, które dopiero będę miały miejsce.

eM ma nadzieję, że rozumiecie o co chodzi.
I w tym przypadku jest już mroczniej. Straszniej. Można nawet napisać, że trochę niebezpiecznie.


Prawdziwa gwiazda Fantastycznych Zwierząt z jakimś podglądającym go facetem.
 
I lepiej się nie pytajcie, którego z bohaterów eM polubiła najbardziej, bo nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. 
Oczywiście, na niewielkie prowadzenie wysuwa się Newt, który jest przeuroczy, prze kochany i niech tylko ktoś mu (albo jego zwierzakom) spróbuje zrobić krzywdę, to będzie miał do czynienia z eM. 

Ale jeżeli spróbujecie tknąć Kowalskiego, Tinę czy Queenie, to też nic dobrego Was nie spotka. 
eM już dawno nie oglądała tak cudownej ekipy na ekranie kina! 

Wspaniale prezentowała się również część bohaterów niezwiązana tak mocno z Newtem. eM była pod wrażeniem postaci Percivala (wink wink) Gravesa, bo zazwyczaj kiedy widzi na ekranie Colina Farrela kręci nosem. 

Dla eM jednak, równie ważne były tytułowe Fantastyczne Zwierzęta, które zostały tak pięknie przedstawione, że eM musiała sobie przypominać, że niestety, nie są prawdziwe. Każde z nich jest wyjątkowe, ale coś je tak naprawdę łączy (oprócz tego, że żyją w walizce Newta). Wszystkie są mądre na swój sposób. I żadne z nich z własnej woli nie chce nikomu zrobić krzywdy, one po prostu nie rozumieją pewnych zachowań. 

Chociaż gdyby były to dajcie eM Niuchacza, wiecie, już grudzień jest. 

Co innego ludzie. 

Istnieje prawdopodobieństwo, że eM tak  właśnie wygląda, kiedy zajmuje się Zaklepańcami. 

Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć, mogą się wydawać zwykłą historią ze świata Harry'ego Pottera. Skokiem na kasę po kilku latach ciszy. Tak nie jest. 

Chociaż część filmu wydaje się bajkowa, to zobaczycie tam też świat pełen uprzedzeń, gdzie człowiek potrafi ranić innych tylko ze względu na swoje poglądy. 
A jeżeli zastanawiacie się, dlaczego to Newt i jego zwierzyniec zostali wybrani na kolejnych bohaterów Rowling, to prostu obejrzyjcie ten film. Wtedy zaczniecie rozumieć Magizoologa dlaczego tyle czasu poświęca swoim podopiecznym. Zrozumiecie, że bardzo często zwierzęta są o wiele lepsze od ludzi. 


Z innych informacji: no dobrze, jeżeli nie Niuchacza, to eM z chęcią przygarnie walizkę Newta. Czy wy też czujecie ten potencjał na gromadzenie tam książek? 

20:59

Sherlock vs. Hannibal, czyli Doctor Strange

Sherlock vs. Hannibal, czyli Doctor Strange



eM nie chodzi zbyt często do kina. 

Powodów jest kilka. Zaczynając od braku towarzystwa (bo wszyscy zapracowani- łącznie z eM, a pieniądze wydane na bilet weekendowy lepiej się przydadzą, kiedy zostaną wydane na coś innego. Na przykład na książkę), poprzez brak towarzystwa (bo najbliżsi znajomi eM nie dają się wyciągnąć ani na filmy Marvela, ani DC ani nawet na Star Warsy) kończąc na braku zainteresowania filmami (lub zapominaniem o ich istnieniu)

Dlatego wierzcie eM, że to cud, że udało jej się pójść, w trakcie pobytu w Krakowie na Targach Książki, (razem z Nicole i Adą) na Doctora Strange'a

Od filmów Marvela nie wymaga się dużo - mają zapewniać kawał dobrej rozrywki. 
eM wymaga jedynie wciągającej historii o ratowaniu świata, ładnych obrazków (i bohaterów) a wszystko to okraszone ogromną dozą humoru. 
Niewiele, a jednak tak wiele, bo ostatnie filmy Marvela wcale takie fajne nie były. 

Całe szczęście, Doctor Strange należy do tych, którym się udało sprostać oczekiwaniom. 
eM bawiła się znakomicie na seansie i to nie tylko dlatego, że miała wspaniałe towarzystwo z który mogła komentować to co się dzieje na ekranie. 

Po pierwsze ten film jest przyjemny dla oka. 

I nie, eM nie chodzi jedynie o to, że Benedict i Mads wyglądają w tym filmie przecudownie ( i eM chciałaby pogratulować osobiście osobom za to odpowiedzialnym). 
Stylówa się zgadza (no dobrze, wszyscy wyglądają naprawdę wspaniale), ale to nie wszystko. I wcale nie najważniejsze. 

Nie, on nie chce Was przytulić.
Zaufajcie eM!
  
eM nie pamięta już, kiedy tak bardzo podobało jej się to co widziała w tle. 
Tutaj jest ten moment w którym należy Wam przypomnieć, że eM jest wyczulona na sztuczność zielonego lub niebieskiego ekranu. 
Podczas kręcenia Doctora Strange te kawałki materiału musiały zostać użyte, nie ma innej opcji, ale ludzie, którzy tworzyli to co mamy możliwość zobaczenia na ekranach odwalili kawał dobrej roboty. 
Dlaczego?
Nie zdradzając zbyt wiele, macie szanse zobaczyć świat z perspektywy przejażdżki podrasowaną kolejką górską. Kiedy po raz pierwszy eM zobaczyła te ujęcia wyrwał się jej jedynie słuszny komentarz: wow

Historia jest całkiem prosta. 
W skrócie i bez spoilerów: mamy tego złego, który kiedyś był dobry ale bycie dobrym przestało mu się podobać więc odwrócił się od swoich dobrych współtowarzyszy. 
Chyba zgadniecie co było dalej. 
Dodajcie do tego interesujący system... Magiczny? Chyba tak to można nazwać. 
No i korzystanie ze swoich zdolności za pomocą kombinacji ruchów, którą nie powstydziłby się choreograf teledysku do Macareny. 

A teraz nadszedł na ten moment w tekście, w którym eM zachwyca się dobrem aktorów do ról i ich charakteryzacji. Dodatkowo, eM pewnie w tym momencie wspomni o tym, że wybór tak rozpoznawalnych aktorów spowodował, że cały czas miała wrażenie, że ogląda Sherlocka walczącego z Hannibalem
Tylko Sherlock taki trochę bardziej ogarniający rzeczywistość (ale cały czas tak samo niemiły dla innych!). I trzeba zauważyć, że twórcy mrugnęli kilka razy do fanów jedno z najpopularniejszych detektywów. W jaki sposób? O tym musicie przekonać się sami!
Hannibala tak jakoś nie ciągnęło do jedzenia. I troszkę stylizacja mniej perfekcyjna, ale nadal piękna. 
Mamy też bohatera o imieniu Mordo, co w polskiej wersji jest... Sami rozumiecie. 
A Tildę Swinton jako The Acient One eM miała ochotę przytulić (i podkraść jej wachlarz)

Z innych informacji eM znowu zakochała się w pelerynie o magicznych właściwościach i właśnie tworzy plan jakby tu ją zdobyć (chętnie przyjmie wszelkiego rodzaju pomysły!)
A ktoś koniecznie powinien z eM porozmawiać na temat jej uwielbienia do wszelkiego rodzaju magicznych płaszczy i peleryn. Serio. 

Peleryna!
W tle Doktor Dziwago. 
Należałoby też wspomnieć o humorze, którego jest dużo. Jest to ten przyjemnego rodzaju humor, który pozwala na zrelaksowanie się a także na docenienie tekstów, które nawiązywały do popkultury. CU-DEŃ-KO!

Jeżeli jeszcze się zastanawiacie, czy obejrzeć, to przestańcie to robić. Jeżeli lubicie filmy o superbohaterach to ten film musi się Wam spodobać!

Doctor Strange ma wszystko, czego eM oczekuje po filmie Marvela. Z jednej strony jest dobra zabawa, świetny humor ale są też momenty poważniejsze w których widać, że zebranie tylu dobrych aktorów w jednym miejscu nie poszło na marne (jak to czasami bywa)

I pamiętajcie (chociaż eM ma nadzieję, że nie musi tego przypominać): to film Marvela. Tu trzeba wysiedzieć do końca końcowych napisów. Tych najbardziej końcowych.
Inaczej ominie Was scena. Albo dwie. 
Obie są świetne! 

21:23

eMniusy #15: Najbardziej oczekiwane filmy 2016

eMniusy #15: Najbardziej oczekiwane filmy 2016


eM nie wie co się dzieje.
I nie, nie jest to kwestia tego, że leży już drugi dzień pod kołdrą i kuruje swoje potrójne zapalenie (oskrzeli, tchawicy i krtani). Tak, eM musiała o tym znowu napisać, bo nadal jest pod wrażeniem, że coś takiego istnieje i że jakimś cudem to wyhodowała.

W ciągu tygodnia, świat mógł obejrzeć zwiastuny trzech najbardziej oczekiwanych filmów tego roku. A przynajmniej najbardziej oczekiwanych przez eM. 

I tu pojawia się pytanie: czy wytwórnie się zmówiły, czy był to jedynie przypadek (eM jakoś nie chce się wierzyć w tę drugą wersję)?
Nie roztrząsając tej kwestii dłużej (chociaż eM by bardzo chciała), eM prezentuje Wam zwiastuny.
Chociaż pewnie wszyscy, którzy są najbardziej zainteresowani już je widzieli, ale eM postanowiła wtrącić swoje trzy grosze o tym, co o nich sądzi.
No dobra, eM musiała to z siebie wyrzucić, bo by wybuchła. 

Tak, eM ma nadzieję, że wszystkie poniższe zwiastuny nie prezentują wszystkich najlepszych scen z filmów. 
Rogue One
Data premiery (Polska): 23 grudnia 2016


Po pierwsze, eM nie zamierza używać polskiej wersji tytułu tego filmu (Łotr jeden), ponieważ uważa, że jest to jeden z najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych w historii. Zaczynając od tego, że eM jest przekonana, że One w tytule nie odnosi się do liczby, a Rogue nie ma jedynie negatywnego wydźwięku. 
Ale porozmawiajmy o milszych rzeczach.

eM jakoś ominął szał Gwiezdnych Wojen. Obejrzała wszystkie, a co więcej, nawet jej się podobały (a szczególnie stylówy Padme #eMnosiłaby). Jednak nigdy nie było to coś na co wyczekiwała z utęsknieniem. Na Przebudzeniu Mocy eM była i nawet miała o nim napisać, bo to kawał dobrej rozrywki, ale wiecie jak to z eM bywa. Jak dobrze pójdzie, to napisze o tym za dwa miesiące. 

Dlatego eM była zdziwiona, kiedy zobaczyła zwiastun Rogue One, bo nie spodziewała się, że tak ją może zaciekawić. eM nie wie, czy to kwestia montażu, czy obsady (heloł, Diego Luna? W obsadzie radośnie biega też Hannibal Mads, więc wiecie), czy jakieś dziwne, odległe podobieństwo do historii takiej jednej, którą nazywali Kosogłosem

Może być to też kwestia tego, że eM lubi robić ludziom na złość. A część fanów Gwiezdnych Wojen (tak, szczególnie męska część), nie może przetrawić tego, że po raz kolejny, to kobieta będzie główną bohaterką filmu. eM nawet nie ma siły komentować tego. Ważne, że w końcu ktoś zdał sobie sprawę, że dziewczyny też chcą popatrzeć jak to ich koleżanki kopią tyłki tym złym i ratują z opałów swoje drugie połówki.

Panowie, patrzcie i uczcie się.
I nie marudźcie. 

Z resztą zwiastuny mają to do siebie, że nie do końca pokazują to co się będzie działo w filmie. Przypomnijcie sobie zwiastun Przebudzenia Mocy. Dobra, eM i tak chce, żeby Jyn pokazała kto tam rządzi. 
I chociaż eM też należała do grupy osób, która była przekonana, że Jyn może okazać się matką Rey, jednak ta teoria została już obalona przez twórców. To taka ciekawostka, gdyby ktoś się nad tym zastanawiał.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
Data premiery (Polska) : 18 listopada 2016




Gdyby eM mogła piszczeć, to prawdopodobnie na grałaby Wam ten dźwięk i zostawiła jako jedyny komentarz dotyczący najnowszego filmu ze świata Harry'ego Pottera
Z jednej strony, eM wolałaby, żeby była nim historia Huncwotów i pierwszego Zakonu Feniksa. Albo coś o Założycielach Hogwartu. O! Albo historia Dumbledore'a!


Jednak po obejrzeniu tego zwiastuna, eM cieszy się, że dostanie coś takiego. I to coś zapowiadającego się tak dobrze! Bo czy czegoś w tym zwiastunie brakuje? Jest główny bohater, który jest odrobinę starszy niż nasze sławne trio, a co za tym idzie, jego historia też powinna być poważniejsza. Chociaż kiedy eM widzi Eddie'ego jako Newta to ma ochotę go przytulić i nigdy nie wypuszczać. Mamy też czasy przed wydarzeniami, które wszyscy dobrze znamy, ba! Nawet nie wiemy dokładnie o czym będzie ten film. Dodajmy do tego nową kulturę czarodziejów, bo amerykańską i powiedzcie eM, czy coś może pójść źle?

Może. Wszystko.
Ale eM i tak pójdzie na każdy film.
Sentyment w wykonaniu jest straszny, szczególnie dla jej portfela.

Doctor Strange
Data premiery: Listopad 2016



Benedict Cumberbatch.
To chyba najlepiej wyjaśnia, czemu eM czeka z niecierpliwością na ten film.

No, ale jeżeli ktoś woli inną wersję, to proszę bardzo.

Kto nie chciałby zobaczyć filmu, w którym Sherlock walczy z Hannibalem?
A tak na serio, to byłaby ciekawa walka, gdyby Sherlock mógł się zmierzyć z Hannibalem. Jak myślicie, kto by wygrał?

Po za tym, kolejny utwór poruszający temat światów równoległych.

eM została sprzedana, kupiona i nie może się doczekać, kiedy zobaczy ten film.


A Wy?
Jakich filmów nie możecie się doczekać w tym roku?
I dajcie znać co myślicie o tych zwiastunach!

15:02

Wierna Cztery (The Divergent: Allegiant)

Wierna Cztery (The Divergent: Allegiant)

Tytuł tego postu mógł być jeszcze większym sucharem, więc cieszcie się, że skończyło się na takim.
Naprawdę. Oglądając ten film eM rzucała sucharami na prawo i lewo.

Wiecie jak zazwyczaj wyglądają posty o ekranizacjach znanych książek? 
Byłam, obejrzałam, nie było jak w książce, łapka w dół. 

A przynajmniej większą część zajmuje porównanie tego jak film różni się od książki. 
Oczywiście, eM sobie przypomniała o tym siedząc już w kinie, a biorąc pod uwagę, że z książkowej Wiernej pamięta mniej więcej co się działo (czytajcie: że świat się jakoś rozszerzył), to co się stało na końcu (tego chyba nie da się zapomnieć) i to jak słabo została przedstawiona perspektywa Cztery (który z najlepszego bohatera w serii stał się najgorszym), to oglądanie spędziła na zastanawianiu się co jakiś czas, czy to coś co widzi na ekranie zdarzyło się w książce czy nie. 

Dlatego, żeby mieć o czym pisać, a raczej pisać o czymś więcej niż tym, że Cztery jest najlepszy, eM postanowiła przeczytać streszczenie trzeciej części Niezgodnej przed napisaniem swojej opinii na temat filmu. Bo oczywiście jej egzemplarz książki jest gdzieś w świecie.  

Filmowa Wierna, a raczej pierwsza część ostatniej części (eM pamięta, że czwarta część filmowej serii będzie miała inny tytuł, internet podpowiada, że będzie to Ascendant) ma mało wspólnego z książką. Co może i nie jest dziwne, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że druga część filmu skończyła się inaczej niż książka i cały czas brakuje kilku bohaterów, których znamy z papierowej wersji. 

Ogólny zarys historii jest ten sam. eM nie będzie szczegółowo Wam go opisywała, żebyście sami mogli się przekonać. I szczerze powiedziawszy, wersja filmowa trochę lepiej jej się podobała. Biorąc pod uwagę to, że ani jedna, ani druga wersja nie powaliły ją na kolana. Każda ma swoje wady. 

O książkowej możecie poczytać TUTAJ

O filmowej eM wypowie się teraz. 

Gdyby nie to, że eM czytała książkę i oglądała poprzednie filmy, po obejrzeniu Wiernej byłaby przekonana, że głównym bohaterem jest Cztery. 
Co, jak wszyscy wiedzą, nie może być złą rzeczą, szczególnie, kiedy Cztery wygląda jak Theo James. 

To na jego barkach spoczywa cała historia. A raczej na jego zdolności do rozprawienia się z każdym przeciwnikiem (a nawet przeciwnikami, nie ważne jaką mieliby przewagę liczebną), wychodzenia jedynie z kilkoma zadrapaniami z poważnych wypadków (uwaga, eM uspokaja: tylko nieliczne znajdują się na twarzy!). Koleżanka z którą eM oglądała Wierną stwierdziła, że istnieje kolejka dla osób, którym Cztery ma przywalić. A oprócz tego, wygląda na to, że tylko on zachował zdolność myślenia. 

Cztery nie jest zadowolony, bo lepiej wygląda w czarnym. 

I tak, Theo James pojawia się na ekranie bardzo, bardzo często!

eM, która chodzi na kolejne części Niezgodnej tylko po to, żeby zobaczyć Cztery w dobrej jakości, nie mogłoby być chyba nic lepszego!
No dobra, mogło. Gdyby twórcy filmu mieli jaja i skończyli tę część tak jak Veronica Roth skończyła serię. W tym momencie, eM nie rozumie czemu będzie czwarta część (chyba, że chcą zrobić cztery dla Cztery, oprócz finansowego aspektu, w takim przypadku eM popiera!). Trzy czwarte ostatniej części zostało zawarte w filmie. Tak jak eM wspomniała, nie było to dokładnie to samo co w książce, ale najważniejsze wątki są już wykorzystane. 

CO ONI DALEJ ZROBIĄ? 

Czy eM musi pisać o Tris, która jest coraz bardziej irytująca i jeszcze mniej myśląca? I to nie jest wina Shai, tylko postaci.
Chociaż chwila. Dobrze, że Tris była w tej części, bo inaczej eM nie mogłaby zażartować, że siedzi w samochodzie ze wszystkimi chłopakami z którymi się całowała. 
I kończąc już temat żartów (a raczej sucharów), Ansel, grający Caleba, powinien się cieszyć, bo przynajmniej w tym filmie ma jeszcze obie nogi. 

Ba-dam tss!

Zanim zaczniecie oglądać Wierną, przygotujcie się też na ból zębów spowodowanych ich zgrzytaniem. eM rozumie, że część lokalizacji nie da się stworzyć inaczej niż w komputerze, ale w tym samym czasie jest zdania, że ich komputerowe pochodzenie nie powinno być aż tak widoczne. Naprawdę. Kiedy uświadomicie sobie (a raczej wypatrzycie) ile czasu aktorzy spędzili na zielonym ekranie i jak to musiało śmiesznie wyglądać, zaczniecie traktować Wierną jak komedię. 

A tutaj aktorzy Wiernej w ich naturalnym środowisku.
 W tym momencie przechadzają się po ścianie.
Wierna nie jest filmem, który koniecznie musicie zobaczyć. Jest przeciętna. Fani serii, którzy pamiętają co działo się w książkach, na pewno będą mieli dużo materiałów do porównywania. Jeżeli macie wysokie oczekiwania, to odpuście sobie na razie. Poczekajcie aż Wam przejdzie. Jednak kiedy chcecie tylko chcecie spędzić czas, a oglądaliście poprzednie części, to śmiało! Tylko eM jeszcze raz powtórzy, nie nastawiajcie się na nic wspaniałego. 

To czy jest tam coś pozytywnego?

Tak. 
Cztery w największej ilości do tej pory. 
Nie ukrywajmy, to jego ogląda się najlepiej.

Macie pomysł, co twórcy filmu zaprezentują w czwartej części? 
Myślcie, że odważą się na to samo, co zrobiła Veronica Roth? 

22:07

eMniusy #14: Zwiastuny 2016

eMniusy #14: Zwiastuny 2016
Jeżeli jeszcze ktoś obserwuje czasami, co się dzieje u eM, to z pewnością zauważył, że eM ma bardzo mało czasu. Co może i nie byłoby niczym nowym, gdyby go nie miała mniej niż kiedykolwiek przedtem.

eM tak bardzo nie ma czasu, że omijają ją wszystkie zwiastuny.
Dlatego też, z myślą o osobach, które tak jak eM nie miały przez ostatnie dwa miesiące czasu, aby obserwować co się dzieje w świecie seriali i filmów, eM stworzyła nowe wydanie eMniusów.

Nie, to nie jest przykrywka, żeby wstawić wszystkie nowe filmiki z Shadowhuntersów.
No, dobra. Może i jest.
eMbardzoładnieprosiniechnicnieschrzanishadowhuntersówserioseriodrugirazeMniebędziemogłażyćwkłamstwie. 

21:53

Igrzyska śmierci: Kosogłos część 2

Igrzyska śmierci: Kosogłos część 2
Tęskniliście?
eM ma nadzieję, że bardzo, bo sama nie miała czasu tęsknić.

Na swoje usprawiedliwienie chciała napisać, że czasami nawet otwierała nowe okno i chciała coś napisać, ale po dwóch minutach zamykała laptopa i szła spać.
A przykre jest to szczególnie z tego powodu, że eM ma wyjątkowo dużo tematów do poruszenia.

Jako, że czas eM nawet teraz jest ograniczony, to przejdźmy do najważniejszego wątku na dzisiaj.

eM była na Kosogłosie, znaczy jego drugiej części, w dniu premiery i jej się podobało.

Co w tym dziwnego?

Bo do poprzednich części eM nie była przekonana. Nie były złe, ale brakowało jej tego czegoś, co miały książki. I strasznie irytował ją Josh Hutcherson jako Peeta. 
Całe szczęście, że mimo wszystko eM postanowiła ruszyć swoje szanowne cztery litery do kina. A było ciężko, szczególnie, kiedy przypominała sobie, jak dłużyła jej się pierwsza część trzeciej części. Czy jakoś tak.  

22:22

Kryptonim: U.N.C.L.E (The Man from U.N.C.L.E)

Kryptonim: U.N.C.L.E (The Man from U.N.C.L.E)
Ten wpis miał nigdy nie powstać z jednego prostego powodu. eM nie miała zamiaru oglądać tego filmu. Oczywiście, eM wiedziała, że taki film istnieje (co może nie jest aż tak oczywiste, bo eM często nie wie jakie filmy powstały, ale to nie o tym dzisiaj), a nawet widziała jego zwiastun, kiedy była w kinie na Papierowych Miastach. Dzięki temu, kiedy eM dowiedziała się w środę, że idzie do kina (i to nawet tego samego dnia) i dostała za zadanie znalezienie jakiegoś przyjemnego filmu, eM zaproponowała Kryptonim: U.N.C.L.E.

I ani chwili nie żałowała, że to zrobiła!

eM miała nadzieję, że to będzie coś całkiem przyjemnego, w końcu reżyserią i scenariuszem zajął się Guy Ritchie, który stworzył filmową wersję Sherlocka z Robertem Downey Jr'em w roli głównej, który to film eM bardzo lubi. 

Jednak sam zwiastun nie zapowiadał czegoś nadzwyczajnego, a eM miała wręcz wrażenie, że najlepsze momenty zostały już pokazane. 
I tak było. Wszystko, co chcecie wiedzieć o filmie, jeżeli chodzi o historię, macie pokazane w zwiastunie. Film jest tak przewidywalny, że eM od początku wiedziała jak to się skończy. No dobra, pomyliła się w jednym momencie, ale nie będzie zdradzała, bo eM sama bardzo się cieszyła, że stało się inaczej. 

Copyright © eM poleca , Blogger