[film] Bajecznie bogaci Azjaci


Gdyby ktoś mnie zapytał, czego się spodziewam idąc na Bajecznie bogatych Azjatów, prawdopodobnie powiedziałabym, że to będzie coś w stylu azjatyckiej dramy, ale polanej dość dużą ilością amerykańskiego sosu.

I trochę tak było. A z resztą sami się przekonacie, kiedy przejdziecie razem ze mną przez podstawowe elementy, które można znaleźć (w prawie) każdej dramie. Ale zanim zaczniemy, warto byłoby wspomnieć, że Bajecznie bogaci Azjaci, to ekranizacja książki (co ostatnio wygląda na dość popularny trend w Hollywoodzie) o tym samym tytule, którą napisał Kevin Kwan (gdyby ktoś był ciekawy - powstały nawet kolejne części!).

Sama historia jest prosta i jak już wspomniałam wcześniej z łatwością znajdziecie w niej elementy typowe dla dram (i tak naprawdę nie tylko dla dram). Tak jak na przykład scena pod prysznicem (spoiler/nie spoiler - sześciopak też jest obecny!). No dobrze, koniec żartów. Nasza główna bohaterka (Rachel) jest typowym Kopciuszkiem - pochodzi z niezbyt zamożnej rodziny i całe życie ciężko pracowała, żeby spełnić swoje marzenia (dlatego została profesorem ekonomii zajmującym się teorią gier. Naprawdę nie chcę oceniać marzeń innych ludzi, no ale nie. No nie. Ci co musieli zdawać teorię gier na studiach pewnie mnie zrozumieją). Co najlepsze, poznajemy ją, kiedy już jest ze swoim Księciem z bajki (Nickiem), tylko nie zna jeszcze jego tożsamości. Ale to się szybko zmienia, kiedy Książę zabiera ją do Singapuru, żeby poznała jego rodzinę (niby przy okazji, ale wiecie jak jest). To co się później dzieje, to zbiór typowych akcji zazdrosnych, wrednych dziewczyn, które uwzięły się na bohaterkę, bo udało jej się złapać Księcia. Dodajcie do tego rodzinę (a raczej matkę), która nie chce zaakceptować Kopciuszka i macie prawie cały obraz sytuacji.

Ale zanim zaczniecie marudzić, że to pewnie w takim razie to wszystko przewidywalne, już wiecie jak to się skończy i w ogóle do kitu, to napiszę, że bardzo dobrze się bawiłam będąc na Bajecznie bogatych Azjatach w kinie, bo w ogólnym rozrachunku to film przyjemny dla oka, który nie wymaga żebyśmy używali szarych komórek (co brzmi strasznie, ale sami przyznacie, że czasami takie filmy są potrzebne), tylko rozsiedli się wygodnie w kinowym fotelu i dali się porwać historii.

I chociaż scenariusz nie zaskakuje, to ciekawie jest obserwować jak bardzo na nasze zachowanie (i przede wszystkim życie) wpływa miejsce w którym się wychowaliśmy. Chociaż Rachel identyfikuje się jako Chinka, tak rodzina Nicka jednoznacznie traktuję ją kogoś obcego - Amerykankę (oczywiście straszną, samolubną i myślącą tylko o sobie, nigdy o rodzinie!).

Ale Bajecznie bogaci Azjaci to nie tylko historia - to też piękne widoki, równie pięknie stroje i biżuteria. A także spora dawka humoru. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej Bajecznie bogaci Azjaci przypominają mi coś, co mogłoby być nawet dzieckiem Plotkary (bo stroje, imprezy i ogólna sugestia ile tam pieniędzy została włożone jest bardzo plotkarowe) i azjatyckich dram (gdyby formaty serialowe mogłyby mieć dzieci w formie filmu. Albo gdyby w ogóle seriale mogłyby mieć dzieci).

Świetnym zabiegiem było również wykorzystanie soundtracku składającego się w większości (jeżeli mnie uszy nie mylą) z azjatyckich utworów, bądź znanych hitów z chińskim tekstem. Bo gdyby to jeszcze do Was nie dotarło - w tym filmie grają prawie sami Azjaci. A wszystko dzieje się w większości w Singapurze. Mam nadzieję, że nikt nie jest zdziwiony tą informacją, a jeżeli jest i nie może się z tym pogodzić - to niech lepiej nawet nie próbuję tego filmu oglądać.

Jeżeli macie wolne dwie godziny i chcecie obejrzeć coś lekkiego, przy czym będziecie się dobrze bawić i jesteście otwarci na inne kultury? Myślę, że Bajecznie bogaci Azjaci będą dobrym wyborem dla Was.

0 Komentarze