[Same Spoilery] Pani Maas, ja to chyba już gdzieś czytałam, czyli Dom Ziemi i Krwi




Nawet nie wiecie jak bardzo wymęczyłam się czytając Dom Ziemi i Krwi (House of Earth and Blood), czyli najnowszą książkę Sarah J. Maas. Żebyście mogli sobie to dobrze wyobrazić, to pomyślcie sobie, że zaczęłam ją czytać niedługo po światowej premierze w angielskiej wersji (czyli gdzieś na początku marca) a skończyłam czytać wczoraj, czyli prawie w połowie czerwca (co mnie mocno bawi - w międzyczasie zdążyła wyjść polska wersja). Kilkakrotnie byłam bliska wyrzucenia jej przez okno (gdybym miała wersję papierową, to zrobiłabym to symbolicznie nawet i teraz), jednak nie zrobiłam tego, bo dość szybko zorientowałam się, że będę miała dużo do powiedzenia na temat tej książki a dokładniej na temat podobieństw, które znalazłam między nią a Szklanym tronem

Dlatego jeśli jeszcze nie czytaliście jednego albo drugiego (jeśli chodzi o Szklany tron, to mam na myśli całą serię), to nie czytajcie dalej - przed Wami spoilery. I to duże. 

Zacznijmy od całokształtu. Książkę czytało mi się bardzo ciężko, ze względu na zarzucenie czytelnika zbyt dużą ilością informacji od samego początku. Z jednej strony to zrozumiałe, bo w końcu poznajemy zupełnie nowy świat (chociaż do tego myślę, że jeszcze wrócimy, bo tego też nie jestem taka pewna), jednak przez to, że historia nabrała rumieńców dopiero 200 stron przed końcem (na prawie 700 w mojej wersji), wszystko dłużyło się niemiłosiernie. Nie pomagało też to, że czułam się, jakby przez część książki bohaterowie kręcili się w kółko. W tym przekonaniu utwierdziły mnie również późniejsze zwroty akcji, które polegały na tym, że otrzymywaliśmy informację jak jest naprawdę a nie zostało to w żaden sposób przygotowane przez wcześniejsze zachowanie bohaterów (bo nie możecie mi powiedzieć, że Hunt będący tym, który chciał kupić synth miało dla Was sens, szczególnie, że wcześniej mieliśmy jego perspektywę i nawet słowem się nie zająknął o swoich planach czy czymś co mogłoby na to wskazywać). 

Jednak tym co najbardziej irytowało mnie podczas lektury, było zauważalne podobieństwa do poprzednich historii Sarah w sposobie budowania bohaterów oraz świata przedstawionego a także używanego słownictwa. Im dłużej czytałam, tym bardziej byłam przekonana, że Maas wyskoczy z jakimś jednoznacznym nawiązaniem, które świadczyłoby o powiązaniu światów Księżycowego miasta, Szklanego tronu oraz Dworu cierni i róż - i chociaż na razie nie ma bezpośrednich nawiązań (przy czym ja się nich nie dopatrzyłam, chociaż mam teorię o Królu Jesieni i byciu rudym a Lucienem z Dworów), to istnienie portali i równoległych światów było już łącznikiem między Szklanym tronem a Dworami. Nie zdziwię się, jeśli będzie tak i tym razem. 

To co mnie dziwi natomiast, to to jak bardzo główni bohaterowie przypominają tych ze Szklanego tronu. Bryce i Hunt to jedynie lekko zmieniona wersja Aelin i Rowana. Nie wierzycie? Zaraz Wam to udowodnię. 

Mamy dwie księżniczki, których prawdziwa tożsamość jest ukrywana, różnica jest taka, że o jednej jako czytelnicy wiemy od początku, że jest księżniczką (Bryce), natomiast o drugiej dowiadujemy się razem z bohaterami (Aelin). Obie są wybrankami, posiadającymi potężne moce, których dawno nikt nie widział (jedna ma moc gwiazdy, druga włada ogniem). Obie są w połowie Fae, żeby być nieśmiertelnymi muszą przejść proces (w przypadku Aelin opisywany był jako bardziej naturalny, automatyczny - natomiast w przypadku Bryce samemu trzeba było go zainicjować). I jedna i druga bohaterka nauczyła się walczyć dzięki męskiemu bohaterowi, który pełnił rolę jej ojca (Aelin została wyszkolona przez Arobynna, który mimo wszystko miał na nią jakiś wpływ, Bryce przez swojego ojczyma, Randalla). I Bryce i Aelin kreowane są na silne bohaterki, które nie potrzebują facetów. Obie zaliczyły niespełnione pierwsze miłości, które zmarły w tragicznych okolicznościach (Sam w przypadku Aelin i Connor w przypadku Bryce). Bardzo duży wpływ na ich dalsze losy oraz na ich decyzje ma śmierć przyjaciółek (Nehemii dla Aelin i Danniki dla Bryce), które miały być liderami dla swoich społeczności. Obie przez długi czas nosiły blizny, które miały im o czymś lub kimś przypominać, chociaż mogły je wyleczyć (Aelin - blizny na plecach, Bryce - blizna na udzie). Plus obie mają podobny gust jeśli chodzi o mężczyzn - ich wybrankowie są mrukliwi, napakowani testosteronem i starsi o kilka wieków.

No właśnie, podobieństwa znajdziemy również w przypadku Rowana i Hunta. Obaj mają ciemną przeszłość, przez którą są zmuszeni do wykonywania rozkazów kogoś innego (Rowan był pod wpływem Maeve, natomiast Hunt był niewolnikiem Archanioła). Z tą przeszłością wiąże się również wielka miłość, która została zabita i o której nie mogą zapomnieć a kiełkujące uczucia do głównej bohaterki na początku uznają za zniewagę pamięci tej pierwszej. Zarówno Rowan jak i Hunt mają na twarzy tatuaże, chociaż pełnią one inne funkcje (u tego pierwszego - przypominania, u tego drugiego - znaku jego niewolnictwa). Obaj mieli na początku niezbyt pozytywną opinię na temat swoich przyszłych wybranek. 

Do tego dochodzą bohaterowie, których nie mogę przypisać jeden do jednego do poprzednich historii, m.in. Ruhn przypomina mi połączenie Doriana z Aedionem, bo jest księciem, następcą tronu, który ma problemy z ojcem jak Dorian, ale jednak jest rodziną Bryce jak Aedion i działa mocno w sferze obronnej, natomiast Adias, chociaż nie jest w stanie tego sprecyzować, przypominał mi Rhysa z Dworów. 

Faktycznie, jeśli chodzi o sam świat, to mamy więcej ras i zupełnie nowe zasady funkcjonowania (plus hej, jest w końcu elektronika!) a Maas czerpie z różnych motywów i w większości przypadków umiejętnie je łączy. Jednak jako że czytałam wszystkie je serie w oryginale, widzę, że jej język pozostaje taki sam, nie ewoluuje wraz z kolejnymi powieściami tak, żeby dopasował się do tego co chce opowiedzieć. Sarkastyczne uwagi Bryce są budowane w ten sam dwuznaczny sposób co te u Aelin, podobnie z opisami emocji u męskich bohaterów. Których tak naprawdę mi trochę szkoda, bo cały czas byli spłycani do bycia napakowanymi samcami alfa. 

Plus zupełnie nie rozumiem, czemu ta książka jest promowana jako pierwsza książka dla dorosłych - z mojej perspektywy nie jest ona bardziej brutalna czy nie jest w niej więcej gorących scen niż w Szklanym tronie czy Dworze cierni i róż. Może to kwestia wieku bohaterki, bo oficjalnie ma ona więcej niż 20 lat? Chociaż nie wiem czy to dużo zmienia, bo zachowuje się bardzo podobnie do bohaterek YA. Więc albo poprzednie serie były kiepsko targetowane, albo tutaj trochę na siłę dostaliśmy opowieść dla dorosłych, żeby można było napisać, że jest to coś nowego (plus iść z obecnym trendem pisania powieści dla dorosłych przez autorów YA).

Czy przeczytam kolejne części Księżycowego miasta? Nie jestem pewna. Z jednej strony nie chciałabym znowu cierpieć, plus Maas równie dobrze mogłaby zakończyć tę historię po jednej części, bo otwarte wątki nie są jakieś znaczące, nazwałabym je raczej punktami zaczepienia. Natomiast z drugiej strony, bardzo chciałabym zobaczyć jak z tego wszystkie wybrnie i czy pojawią się kolejne podobieństwa.

Nazwijcie mnie popkulturową masochistką. 



0 Komentarze