15:49

eM radzi: co czytać?

eM radzi: co czytać?


Podobno znowu ominęła mnie jakaś afera (żeby nie napisać gównoburza) w blogosferze książkowej. Nie to żeby było dla mnie zaskoczeniem. Tak samo, jak nie jestem zdziwiona o co poszło tym razem. Dla tych, których ominęło całe to wydarzenie przedstawiam skrót (bo przecież nie będziemy linkować filmu, żeby podbijać statystyki, prawda?): poszło o to, że ludzie, którzy czytają książki są nadludźmi. Ale, ale! Nie myślcie sobie, że wszyscy. Ten tytuł należy się jedynie osobom, które czytają starannie wyselekcjonowany zestaw książek, do których nikt nie może mieć wątpliwości jak są ważne i że dają możliwość obcowania z absolutem.

Serio, serio.

Jako że w końcu udało mi się trafić na aferę w momencie kiedy jeszcze tli się zainteresowanie nią (uwierzcie mi, zazwyczaj orientuje się, że coś się dzieje, jak już jest pozamiatane), postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze. W końcu kto lepiej może doradzić co czytać, niż eM, która ma serię w której RADZI. Dlatego usiądźcie wygodnie i przekonajcie się sami, co powinniście czytać. Ale zanim do tego przejdziemy, zacznijmy od czegoś łatwiejszego, czyli czego w żadnym wypadku nie powinniście czytać.

Zacznijmy od tego, co wszyscy już dobrze powinni wiedzieć. W żadnym wypadku nie powinniście czytać literatury młodzieżowej. Jeszcze jak grupa docelowa może być usprawiedliwiona swoim wiekiem (chociaż też powinna już ustawiać w kolejce ambitniejszą lekturę!), tak wszyscy inni powinni się wstydzić i zastanowić nad swoim zachowaniem! Fantastyka, czy sci-fi też nie będzie dobrą lekturą - jeżeli czytacie (i jeszcze przyznajecie się do czytania takich książek), to proszę powiedzcie mi, czemu interesujecie się czymś co nie istnieje (i nigdy nie będzie istniało) zamiast zacząć żyć w prawdziwym świecie, co? Bardzo podobnie sprawa wygląda z baśniami i legendami - no dobrze, teoretycznie przekazują nam jakieś wartości, ale jak tak się przyjrzymy, to całe te historie to tylko zabobony i rzeczy, które teraz już na pewno nie będą miały zastosowania. A zostając w tym temacie - klasyki, chyba też nie są za dobrą lekturą, skoro większość z nich została wydana dziesiątki, czy setki lat temu. Czego dzięki nim można się dowiedzieć, co niby ma nas rozwijać? A może czytacie kryminały i thrillery? Co, za mało adrenaliny w życiu macie? Szukacie, żeby coś się działo? Obejrzyjcie sobie któryś z serwisów informacyjnych, od razu ciśnienie się Wam podniesie. A może zboczeńcy jedyni, czytacie erotyki? No ja nie wiem co to Wam daje (nie, wróć - nie chce wiedzieć, co Wam to daje). Książki obyczajowe też nie są najlepszym wyborem, bo to tylko pokazuje, że zamiast swoim życiem, żyjecie życiem innych ludzi - oj nieładnie!

Tak prawdopodobnie wygląda reakcja typowego czytelnika na powyższy akapit.


A jeżeli jeszcze tego nie zauważyliście, to wszystko co przeczytaliście wyżej było okraszone ogromną ilością sarkazmu. Już od jakiegoś czasu chciałam napisać tekst, w którym poruszam temat oceniania tego, co czytają inni. Ta afera (nie pierwsza i nie ostatnia), to jedynie wymówka. Niestety coraz częściej widzę, szczególnie w popkulturowej blogosferze, jakąś dziwną manię oceniania tego co inni czytają (czy oglądają) i co im się podoba. Szczególnie w przypadku, kiedy dana książka nie spełnia wytycznych tego co może zostać uznane za odpowiednią i poważną lekturę (oczywiście te wytyczne nie zostały nigdzie pokazane czy spisane, po prostu trzeba poczuć to, że jest to coś BARDZIEJ).

Czy jestem bez winy? Oczywiście, że nie. Wiele razy zdarzyło mi się pomyśleć O mamo, co to w ogóle za książka, dlaczego oni to czytają? Ba! Nawet kilka razy powiedziałam to na głos. Ale szybko poszłam po rozum do głowy i stwierdziłam, że to bez sensu. Nawet jeżeli ktoś czyta, coś co jest powszechnie uważane za lekką lekturę, ale spełnia swoje zadanie (którym nie ukrywajmy, najczęściej jest rozrywka i relaks), to nikt nie mówi, że za jakiś czas taka osoba nie sięgnie po coś innego. Po za tym nawet dzięki najgorszej książce możemy rozszerzyć swoje horyzonty (o, na przykład możemy się dzięki takiej książce dowiedzieć o ciekawostkach z różnych dziedzin życia, albo że niektóre zachowania ludzi denerwują nas bardziej niż inne).

I wiecie co? Wydaje mi się, że takie podejście czytelników jest głównym powodem, dlaczego w badaniach Biblioteki Narodowej wychodzi, że tak mało Polaków czyta książki. Bo może tacy ludzie i chcieliby coś przeczytać, ale zaraz im się przypomną szkolne lata, gdzie lektury były jakie były, a dodatkowo jeszcze ktoś w ich otoczeniu wygłosił płomienną mowę na temat tego, że czytać można tylko ODPOWIEDNIE, WAŻNE książki, które spowodują, że się rozwija.

Tu jest moment, w którym cisnęło mi się na usta przekleństwo, ale się powstrzymałam. Proszę, doceńcie to.

Zamiast zastanawiać się nad tym, które książki mają odpowiedni gatunek i czy jest on odpowiedni do tego, że możemy się nazwać czytelnikami, trzeba zacząć się zastanawiać co chcemy osiągnąć przez czytanie. Dla mnie obecnie jest to rozrywka i przeniesienie się w inny świat - dlatego od kilku lat najczęściej sięgam po fantastykę i sci-fi (bardzo często w wersji, którą nazywam YA dla starszych), ale w spokojniejszych chwilach uwielbiam mierzyć się z klasyką lub nagradzanymi tytułami.

Tak jak to się kiedyś w internetach mawiało: handlujcie z tym

Albo zamiast kategoryzowania i oceniania czytelników po tym co czytają, zacznijmy oceniać książki, które są naprawdę szkodliwe dla czytelników - które propagują szkodliwe zachowania, czy posiadają motywy, czy wręcz chwyty, które na celu mają jedynie szokować i dzięki temu zyskać rozgłos. Zacznijmy rozmawiać o książkach, które już przeczytaliśmy i możemy sami się wypowiedzieć co było w nich dobrego a co złego (tak jak to zrobiła Kulturalna Meduza w przypadku New Adult). Może zabrzmi to głupio, ale w tym przypadku dużo zależy od blogerów i influencerów związanych bezpośrednio, czy nawet pośrednio z książkami.

Podsumowując: czytajcie co chcecie. Jeżeli potrzebujecie się rozerwać, nie bójcie się sięgnąć po lekką lekturę. Potrzebujecie się zastanowić się nad ważnym, społecznymi problemami? Droga wolna.

Każdy w końcu znajdzie książkę dla siebie.

12:57

Dlaczego boję się zakończenia Szklanego tronu?

Dlaczego boję się zakończenia Szklanego tronu?

Wielkimi krokami zbliża się moment, kiedy świat pozna zakończenie serii która podbiła serca milionów czytelników. Już w październiku, dowiemy się jak zakończą się przygody królowej Terrasenu i jej dworu. Możliwe, że już kilka dni po premierze zostanie odnotowany wzrost sprzedaży chusteczek napędzany złamanymi sercami czytelników cierpiących po stracie ulubionych bohaterów (proszę tylko nie tykać Rowana i Manon, dobrze? I Doriana też proszę zostawić całego i zdrowego, jeśli można). I chociaż jestem jedną z osób, które z niecierpliwością czeka, co się wydarzy (już jakiś czas temu zamówiłam Kingdom of Ash w przedsprzedaży), to cały czas z tyłu głowy siedzi mi myśl, że to zakończenie może nie spełnić moich oczekiwań, a nawet może mnie zupełnie rozczarować i zirytować.

Zaraz pewnie odezwą się głosy, że to przecież oczywiste, że książka (a szczególnie zakończenie serii, która była wydawana przez kilka ładnych lat) może nie spełnić oczekiwań. Przez taki czas bardzo łatwo przyzwyczaić się do bohaterów, dać się ponieść teoriom przez co w naszych głowach mamy pewne wyobrażenie, które może odbiegać od tego jak autor chce zakończyć historię. I to jest dla mnie całkowicie jasne i zrozumiałe – chyba nie czytałam serii, która w 100% skończyłaby się po mojej myśli. Owszem, są zakończenia przewidywalne, ale nawet one powodują, że zaliczam facepalm z zaskoczenia, że naprawdę nie można było nic ciekawszego wymyślić.
No to w czym problem? Patrząc na całokształt twórczości Sarah (mam na myśli zarówno Szklany tron jak i Dwór cierni i róż), a szczególnie na zakończenie Dworu skrzydeł i zguby oraz ewolucję Wieży świtu z nowelki do pełnowymiarowego tomu (sama autorka potwierdziła, że trzeba go przeczytać, żeby zrozumieć co się będzie działo w ostatnim tomie, a na goodreads klasyfikowany jest jako tom 6) to zaczęłam się zastanawiać Czy ona na pewno wie co robi i czy trzyma się jakiegokolwiek planu, czy radośnie tworzy, a potem to się zobaczy (co ogólnie jest najbardziej zgodne z moim stylem tworzenia czegokolwiek , ale ja jestem jedynie małym blogerem, a ona poczytną autorką, także wiecie). I to jest chyba ten moment, gdzie uprzejmie informuję, że w poniższym tekście znajdziecie informacje, które można nazwać spoilerami, jeżeli nie czytaliście Imperium burz. O Wieży świtu i drugiej serii Maas też wspominam, ale spoilerów nie stwierdzono.

Proszę bardzo, oto dowód na to, że Wieża Świtu to szósta część.
I nie mówcie mi, że nie można ufać goodreads, bo co jak co, ale jeżeli chodzi o kolejność,
to jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. 
Pierwsze (bardzo, ale to bardzo nieśmiałe) głosy, że coś jest chyba nie tak pojawiły się jeszcze wcześniej – bo nie mówcie, że nie zauważyliście diametralnej różnicy między drugim a trzecim tomem Szklanego tronu. Moim zdaniem akurat to wyszło to na dobre – bo nie porzuciłam serii, tylko ją polubiłam. Ale musicie przyznać – mało który autor dodaje do prawie środka historii zupełnie nowych bohaterów, a co za tym idzie narracje. Może i Rowan dostał głos dopiero w późniejszych częściach, ale Manon z całą ekipą pojawiła się ni z tego ni z owego właśnie w Dziedzictwie ognia i od razu zaczęła rozpychać się łokciami. Nie wiem jak wy, ale na samym początku wątek Manon mnie irytował i psuł mi flow całej historii. Dopiero po połączeniu wątków wszystko (no dobra, prawie wszystko) nabrało sensu. A ja zaczęłam uwielbiać nowych bohaterów nawet bardziej niż tych, których już poznaliśmy.
Kolejnym przykładem, tym razem już powszechnie zauważonym przez fandom była zmiana zachowania bohaterów w Królowej cieni. Chociaż teoretycznie burza mogła być spowodowane tym, że rozpadł się związek, któremu kibicowała masa osób (dla tych którzy jakimś cudem nie pamiętają: Aelin i Chaol), to kiedy fandom czasami potrafi przesadzać (jak to fandom), tak duże wrażenie wywarły na mnie słowa Samanthy Shannon (autorki Czasu Żniw), która przed premierą czwartej części była przekonana, że Aelin i Chaol będą docelowym związkiem, przez to jakiego języka używa Sarah. Zakładam, że Samantha wie co pisze (a przynajmniej więcej niż ja), bo nie tylko studiowała literaturę w Oxfordzie, ale jej napisała kilka całkiem niezłych książek cieszących się uznaniem na całym świecie. Czytelnicy podnosili jeszcze kwestię samego zachowania bohaterów, które zmieniło się niemal z jednego tomu na drugi (i tu znowu, szczególnie głośno było o Aelin). Ja tę zmianę także zauważyłam, ale jestem w stanie wytłumaczyć ją tym, że zdarzenia z trzeciego tomu miały tak ogromny wpływ na bohaterów, że chyba dziwniejsze byłoby gdyby się nie zmienili w ogóle, ale wiecie – może po prostu chcę to tak widzieć.


Przywyczaiłam się do tego, że mam inne zdanie niż inni,
dlatego dajcie znać, co Wy o tym sądzicie! 


A teraz przyszła pora na mój ulubiony temat w tej kwestii – Wieżę świtu. Kiedy okazało się, że w Imperium burz po raz pierwszy zabraknie perspektywy Chaola (co nie powinno nikogo dziwić, bo i tak piąty tom już bez niej był ogromnym tomiszczem) w fandomie zawrzało. Niedługo potem w świat poszła informacja, że powstanie nowelka opowiadająca o losach Chaola i Nesryn (dlaczego tak dużo ludzi zapomina o Nesryn – niech ją ktoś przytuli!) w czasie, kiedy nie było ich z główną ekipą. Wszystko fajnie, pięknie – aż do momentu, kiedy Sarah poinformowała, że trochę ją poniosło i zamiast nowelki zrobił się pełnowartościowy tom. To mocno daje do myślenia, bo czy to nie oznacza, że miała coś zaplanowane, ale radośnie zaczęła tworzyć, wyszło więcej, więc raz się żyje – wydajemy wszystko i idziemy dalej z historią, następny tom jakoś się napisze? Co więcej, oprócz odpowiedzi na kilka pytań, które pozwalają nam na zrozumienie przeciwnika Aelin i ekipy dostaliśmy kolejny nowy, dość duży kawałek świata i bohaterów o których byłoby miło usłyszeć, albo chociaż dowiedzieć się później co się z nimi stało. Czy to było w planach? Czy związkowe rewolucje też były zaplanowane? Patrząc na to jak zostały opisane – szczerze w to wątpię.
Tak jak wspomniałam wcześniej, jest jeszcze kwestia trzeciego tomu Dworu cierni i róż, a raczej tej całej serii, bo przecież dawno przestało to być trylogią. Rozumiem, że Sarah wpadła na pomysł, że może jeszcze odpowiedzieć historię dziejącą się w tym świecie, ale czy naprawdę musiał na tym ucierpieć Dwór skrzydeł i zguby? Dawno nie czytałam książki, która nie tylko nie miała jakiegokolwiek klimatu, ale zamiast chociaż udawać, że skupia się na zamknięciu wątków z poprzednich tomów w sensowny sposób, radośnie buduje podstawy pod kolejne tomy. Nie wspominając już o nowelce A Court of frost and starlight, która najdelikatniej może zostać przeze mnie określona jako fanservice o jakości słabiutkiego fanfica. Wszystko to powoduje, że za każdym razem, kiedy pomyślę o tym, że Kingdom of Ash będzie ostatnim tomem serii, zaczynam się obawiać co dostaniemy w tej cegle (bo że będzie to cegła możemy być pewni, bo Sarah już ją pokazywała).




Nie ukrywajmy, że dla Maas będzie to pierwsze zakończenie serii. Chyba, że niedługo wyskoczy z informacją, że tylko żartowała i że planuje jeszcze kolejne tomy. Co by mnie nawet nie zdziwiło, bo po sześciu poprzednich tomach mamy ogromną liczbę wątków, które fajnie byłoby zamknąć. Czy uda jej się to zrobić w jednym (nawet ogromnym) tomie? Obawiam się, że nie będzie to możliwe. No chyba, że zdecydowała się nie wnikać w szczegóły i skupić się na ogólnym kształcie historii - ale wtedy obawiam się, że mocno ucierpi na tym jakość książki i przyjemność z czytania. A nie ukrywajmy, że to największa zaleta twórczości Maas - jej książek się nie czyta, je się pochłania (chyba, że naprawdę pojawiają się nieścisłości albo inne irytujące wydarzenia). Plus cudownie czyta się teorie wymyślone przez fanów, czy nawet wymyśla się samemu jak to wszystko może się skończyć. Ale to już inny temat, o którym porozmawiamy już niebawem, dlatego bądźcie czujni!
Po początkowej niechęci naprawdę polubiłam Szklany tron jako całość. Może nie jest to wybitna seria, ale Sarah potrafi tworzyć światy i pisać tak, że chce się więcej i więcej. Nie wiem jak wy, ale ja dopiero po kilku tygodniach potrafię na chłodno ocenić dany tom – na początku wszystko jest dobrze (a przynajmniej większość. No chyba, że mówimy o Dworze skrzydeł i zguby), dopiero potem potrafię zauważyć co tam się wydarzyło i że wcale to nie było takie super jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Dlatego obawiam się tego co przyniesie październik a wraz z nim pożegnanie z bohaterami serii, która wzbudziła we mnie tyle różnych emocji.

Czy Sarah sprosta zadaniu?
Copyright © eM poleca , Blogger