13:30

[eM dramy] DramaRAR #2

[eM dramy] DramaRAR #2

Minęło trochę czasu od ostatniego zestawienia k-dram, które obejrzałam. W poprzednim DramaRAR skupiłam się na dramach obyczajowych, które skupiały się na życiu ludzi dwudziestokilkuletnich (w niektórych przypadkach bliżej im było do trzydziestki, ale wiecie o co chodzi). Tym razem postanowiłam wyjść trochę poza szarą rzeczywistość. To co, macie ochotę dowiedzieć się jakie k-dramy z wątkami fantasy obejrzałam i co o nich sądzę?

Goblin




Zaczniemy od dramy, która jest powszechnie wychwalana i polecana, a do której sama się przymierzałam od jakiegoś czasu, ale bałam się zacząć, bo wiadomo, że jak coś jest wychwalane i polecane, to oczekiwania rosną i bardzo łatwo jest się rozczarować. Całe szczęście nie było się czego bać. Znaczy się tak bardzo, bo jest wątek przez który prawie wyrywałam sobie włosy z głowy, ale o tym za chwilę.

Nasz tytułowy Goblin (czyli stwór z koreańskiej mitologii) dawno, dawno temu był generałem, który zginął tragiczną śmiercią. Jednak wmieszały się w to siły nadprzyrodzone i nasz bohater otrzymał dar (a raczej karę) nieśmiertelności. Tę torturę (widzicie, nie każdy chce być nieśmiertelny, sorry wampiry!) może przerwać jedynie jego ludzka narzeczona, kiedy wyciągnie z jego piersi miecz (wiem, to brzmi źle, ale naprawdę nie można tego inaczej wyjaśnić a jak się to ogląda, to ma nawet sens?). Po dziewięciuset latach poszukiwań poznaje Ji Eun, która jest przekonana, że jest jego narzeczoną.

Goblin to naprawdę dobra drama. Zarówno pod względem historii (która jest bardzo wciągająca) i pod względem estetycznym (te ujęcia i ta muzyka!). Dodatkowo, jestem ogromną fanką postaci drugoplanowych (#teamŻniwiwarz), a relacja Goblina i Żniwiarza może startować do najlepszych bromance’ów wszechczasów. Gdyby ktoś mnie pytał (chociaż pewnie nikt tego nie zrobi). Jednak jest jedna rzecz, która psuła mi przyjemność z oglądania, a której niestety było bardzo dużo - bo była to relacja między głównymi bohaterami. Ja wiem, że było mnóstwo związków w książkach i serialach, gdzie facet był dużo starszy (i w tym momencie mam na myśli kilkaset lat) od kobiety i jakoś mi to nie przeszkadzało. Niestety tu ta różnica wieku pomiędzy aktorami była bardzo widoczna przez co oglądając niektóre sceny czułam się bardzo, ale to bardzo niekomfortowo. Ale większości osób to nie przeszkadzało, więc bawcie się dobrze!

The Bride of Habaek




Miałam już wyrzucić tę dramę z pamięci i nawet tutaj o niej nie wspominać, bo za każdym razem, kiedy sobie o niej przypominam robię się wściekła. Czy ma to sens? Nie. Ale kiedy przypomnę sobie jaka ta historia miała potencjał (o ja nieszczęsna! Sprawdziłam o co chodzi w pierwowzorze - czyli manhwie The Bride of Water God) a co zostało mi zaserwowane, to mam ochotę krzyczeć. I to robię. A potwierdzi Wam to każdy, kto miał pecha wspomnieć o tej dramie w mojej obecności.

Narcystyczny bóg wody Ha Baek pojawił się na Ziemi w celu odnalezienia potężnego, magicznego kamienia, który pozwoli mu zasiąść na tronie w boskim świecie. W naszym świecie ma mu pomóc So Ah, której rodzina od wieków służy wodnym bogom. Niestety, nasza bohaterka nie wierzy w bogów, więc na początku uznaje Ha Baeka za chorego psychicznie (a wie co mówi, bo jest psychiatrą!). Oczywiście nie może się obejść bez dodatkowych przeszkód w wykonaniu zadania o istnienie których dba bóg wiatru - Bi Ryum oraz bogini wody - Mu Ra.
Opis brzmi bardzo fajnie, prawda? To od razu o nim zapomnijcie, bo chyba to samo zrobili twórcy tej dramy. Ja nie wiem co tam się stało. W pewnym momencie namnożyło się wątków, które koniec końców nigdy nie zostały rozwiązane, albo ich rozwiązania powodowało ból czoła. Bohaterowie cały czas kręcili się w kółko zamiast rozwiązać główny problem, a już samo zakończenie spowodowało, że jak dla mnie The Bride of Habaek jest idealnym przykładem na to, że nawet najpiękniejsze obrazy (bo szczególnie świat bogów wyglądał cudownie) nie ukryją problemów fabularnych.

While You Were Sleeping




Dla tych, którzy wolą coś z mniejsza zawartością fantastyki w fantastyce a zarazem nie mają zbyt wygórowanych oczekiwań co do całokształtu proponuję While You Were Sleeping. Chociaż trochę nadnaturalnych zdarzeń tam znajdziecie, więcej znajdziecie tam wątków prawniczych i dziennikarskich.

Krótko po tym jak Jae Chan przeprowadza się naprzeciwko Hong Joo, śni mu się, że ma ona wypadek samochodowy. Jako że to oczywiste, że to co Ci się przyśni spełni się w rzeczywistości (wiecie ile razy już uratowałam świat? WIECIE?) postanawia zapobiec wypadkowi wjeżdżając swoim samochodem w jej. Hong Joo nie przejęła się tym zbytnio, ponieważ sama widzi przyszłość w swoich snach.

Chociaż po obejrzeniu całości mam kilka zastrzeżeń co do historii (i ponownie - delikatengo zagubienia jej sensu przez twórców) tak jako lekka, przyjemna drama While You Were Sleeping sprawdzi się doskonale. Jeżeli nie zaczniecie analizować tej historii zbyt szczegółowo (a dokładniej jej wątku nadnaturalnego), to powinniście spędzić miło czas.

A Korean Odyssey




Ta drama na zawsze pozostanie w moim sercu jako pierwsza drama, którą obejrzałam na Netflixie (ja wiem, że dla Was taka informacja to żadna informacja, ale musiałam to napisać). Samą dramą byłam zainteresowana już od momentu, kiedy zaczęto wspominać o projekcie adaptacji Wędrówki na Zachód na współczesną historię z wątkami fantasy (i obowiązkowym romansem). A teraz trzymajcie się, bo to jest ten moment w którym spróbuję Wam wyjaśnić o co w tym chodzi tak, żebyście się nie pogubili.

Son Oh Gong zostaje uwolniony z nadnaturalnego więzienia przez Seon Mi dwadzieścia pięć lat temu. W zamian za to, zobowiązał się do pomocy jej za każdym razem, kiedy wypowie jego imię (które tak całkiem przypadkiem wymazał jej z pamięci). Mijają lata - dwójka bohaterów spotyka się przez przypadek, lecz tym razem na dłużej. Dodajcie do tego Ma Wanga, który jest w nieustannym konflikcie z Oh Gongiem (uwierzcie mi, chcecie to zobaczyć!), przekrój potworów odcinka (są demony, jest nawet i zombie!) i plejadę wspaniałych bohaterów drugoplanowych, którzy nie robią jedynie za tło i powinniście mieć całkiem niezły obraz tego, co tam się dzieje.

A Korean Odyssey to drama, która ma tyle samo wad co zalet. Mamy tu bardzo ciekawy pomysł adaptacji historii, który niestety i w tym przypadku gdzieś się po drodze zagubił. Jednak tutaj wynagradzają nam to wspaniali bohaterowie - zarówno ci główni, jak i drugoplanowi. Także bądźcie przygotowani na facepalmy, ale obejrzyjcie!

A teraz oddaję głos - oglądaliście którąś z tych dram? Jak się Wam podobała?
Polecacie jakąś inną dramę z wątkami fantastycznymi?

21:23

[Czy warto?] Cara J. Stevens - BTS. Droga na szczyt

[Czy warto?] Cara J. Stevens - BTS. Droga na szczyt

Jeżeli macie możliwość anulowania zamówienia tej książki, to zróbcie to w tej chwili.
Podziękujecie mi jak skończycie czytać poniższy tekst.

Na początku powtórzę to co pisałam w swojej opinii o BTS. Koreańska fala - doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że książki o BTS (jak i większości innych zespołów, które stosunkowo szybko zdobyły dużą popularność) zaczęto wydawać w Polsce ze względu na to, że wydawnictwa zwietrzyły łatwy zarobek. Przecież na promocję nie trzeba będzie wydać dużo, bo jak tylko ktoś z fandomu natknie się na taką informację, to poniesie się ona dalej pocztą pantoflową i pozamiatane. Co z punktu biznesowego jest sprytne, w końcu wydawnictwa muszą zarabiać, żeby utrzymać się na rynku i wydawać kolejne tytuły. Niestety, czasami przez to książka traci na jakości.

Czy warto? BTS. Droga na szczyt.


Naprawdę starałam się nie nastawiać na to co mnie czeka, chociaż po przeczytaniu BTS. Koreańska fala nieśmiało liczyłam na to, że może nie wszystko stracone i wcale nie będzie tak źle. Niestety, BTS. Droga na szczyt to spełnienie moich najgorszych koszmarów o książkach (chociaż powinnam raczej to nazwać albumem, skoro tak zaczęło to określać wydawnictwo) o popularnych zespołach. A nawet gorzej.

Książeczka (bo ma jedynie 94 strony) na pierwszy rzut oka wygląda naprawdę ładnie. Twarda okładka z mieniącym się napisem BTS, a w środku akcenty kolorystyczne spójne z kolorystyką serii albumów Love Yourself. Kiedy przekartkujemy, zobaczymy dużo zdjęć (całkiem ładnych, chociaż jeśli mogę się czepiać, to widziałam lepsze) - co jest zrozumiałe, jeżeli traktujemy to jako album. Niestety, kiedy zaczynamy zagłębiać się w treść, wszystkie te elementy tracą na znaczeniu.

Długo zastanawiałam się w jaki sposób to opisać, żebyście dobrze zrozumieli w czym leży problem, bo niestety nie jest to łatwe. Chodzi tu zarówno o to jakie informacje zostały umieszczone w tej książce, jaka jest ich jakość a także jak wygląda tłumaczenie. Wszystkie te trzy elementy przeplatają się ze sobą i często trudno jest stwierdzić co zawiniło.

Chociaż album nosi tytuł BTS. Droga na szczyt, to nie dostaniemy tutaj konkretów jak ta droga wyglądała. Całość, to zbiór porozrzucanych informacji, których w żaden sposób nie można połączyć w spójną historię. Co więcej, dostajemy masę suchych faktów - daty i miejsca tras koncertowych, wyliczenie epok rozwoju, wybraną dyskografię, czy spis teledysków. W skrócie: wszystko to, czego obecnie ludzie szukają w internecie, a nie w książkach. Pozostałe informacje, dotyczące opisu członków zespołu, próby analizy znaczenia utworów i przytoczenia teorii, analizy stylu (a przynajmniej czegoś co zostało tak nazwane, bo analizą stylu to nie jest) są fragmentaryczne i ciężko złapać spójny wątek. A do tego wszystkiego mamy quiz, którego odpowiedzi (spoiler!) nie dość, że nijak mają się do tego o czym można przeczytać we wcześniejszych rozdziałach, to z rzeczywistością też nie mają zbyt wiele wspólnego (naprawdę próbowałam znaleźć skąd im takie odpowiedzi wyszły, ale poległam).

Kolejnym problem jest wiarygodność informacji w niej zawartych. Doskonale rozumiem, że nigdzie nie ma wydanej autoryzowanej biografii BTS, która rozwiałaby wszystkie wątpliwości, a szukając informacji można się natknąć na wiele takich, które krążą po fandomie i są uznawane przez ARMY za prawdziwe, a niestety takie nie są. Jednak moim zdaniem, jeżeli jest się autorem takiej książki, trzeba odrobić pracę domową, zrobić porządny research, żeby czytelnicy mogli spokojnie uznać, że czytają coś sprawdzonego. Tutaj tego zabrakło. Z każdą kolejną stroną zaczynałam coraz bardziej wątpić w każde zdanie. Nie jestem niestety w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy błędy (lub niejasności) te wynikały z jakości pierwowzoru tekstu (chociaż obstawiam, że w dużej mierze tak było. Jednak nie jestem aż taką masochistką, żeby czytać to jeszcze raz w oryginale), czy problemami z tłumaczeniem bądź korektą. Ale żeby nie było, że sobie wymyślam, oto kilka przykładów:

  • RM nie dość, że został nazwany RapManem, to zdanie sugeruje, że obecnie używa tego pseudonimu. 
  • J-Hope w pewnym momencie ma na imię Ho-seak.
  • Podobno BTS znalazło się w Księdze Rekordów Guinnessa za to, że najczęściej udzielała się na Twitterze a nie za największą liczbę retweetów. 
  • Według autorki Jin i Jimin znają się z siłowni.
  • W jednej tabelce mamy stwierdzenie, że “Jimin szkolił się najkrócej”, żeby po dwóch zdaniach przeczytać, że “Jin dołączył jako ostatni”. 

A to jedynie  te przykłady, które można opisać w jednym zdaniu. Nie musicie się mocno zagłębiać, żeby znaleźć informacje z którymi można by polemizować. O braku przypisach ze źródłami już nawet nie chce wspominać.

Dlatego biorąc to wszystko pod uwagę jestem rozczarowana, że taka książka wyszła na polskim rynku. Rozumiem chęć wykorzystania niszy na rynku i popieram próby wydawania książek czy o BTS, czy o innych zespołach kpopowych (bo i na nie znajdą się odbiorcy). Jednak moim zdaniem powinno się to robić przy zachowaniu pewnego poziomu. Wiecie, jak coś robimy, to róbmy to dobrze.

Szczerze, to w tym momencie nawet nie jestem pewna, kto dokładnie miałby być odbiorcą tego albumu. Cały czas powtarzam, że są ludzie, którzy mają większą wiedzę ode mnie jeżeli chodzi o BTS i kpop, dlatego jeżeli ja zauważyłam niespójności, to mogę sobie tylko wyobrazić co znajdą tam fani, którzy wiedzą więcej. Z drugiej strony, to nie jest też pozycja dla osób rozpoczynających przygodę z BTS, bo nie dość, że jakość informacji jest niska, to w BTS. Droga na szczyt znajdą w większości to, co mogliby znaleźć w internecie (a już na pewno w jego anglojęzycznej części). Pewnie o tej drugiej perspektywie przekonamy się już niedługo, bo widziałam, że wydawnictwo wysłało egzemplarze recenzenckie blogerom o większej lub mniejszej znajomości zespołu.

A jeżeli jesteście zainteresowani BTS i chcielibyście się dowiedzieć o nich czegoś więcej i jesteście w stanie czytać po angielsku - dajcie znać. W swoich zakładkach mam kilkanaście ciekawych artykułów (zresztą część z nich wykorzystałam tworząc swój wpis o fenomenie BTS) którymi chętnie się z Wami podzielę.

To teraz najważniejsze pytanie: czy warto przeczytać BTS. Drogę na szczyt? Moim zdaniem nie. Jeżeli poszukujecie książki o BTS, to lepszym wyborem (mimo tego, że też nie jest idealna) będzie BTS. Koreańska fala. A jeżeli sami znacie anglojęzyczne książki o BTS dobrej jakości, to podrzucie tytuł - z chęcią się im przyjrzę.

11:43

[Same Spoilery] Sarah J. Maas - Kingdom of Ash (Throne of Glass #7)

[Same Spoilery] Sarah J. Maas - Kingdom of Ash (Throne of Glass #7)

Zanim zaczniecie czytać ten tekst, zróbcie to co ja zrobiłam zanim zaczęłam go pisać - weźcie głęboki oddech. Nieważne czy przeczytaliście już Kingdom of Ash, czy przywędrowaliście tutaj, bo nie możecie doczekać się polskiej premiery i jesteście żądni spoilerów (i nie mówcie, że nie jesteście - wyniki wyszukiwań Was wydały) - głęboki oddech przyda się wszystkim. W końcu będziemy dyskutować o zakończeniu serii, która była z nami przez kilka dobrych lat. A jakby ktoś przez przypadek nie zauważył tytułu i jeszcze się nie zorientował - poniższy tekst będzie zawierał spoilery, dlatego czytacie dalej na własną odpowiedzialność.

Przez kilka ostatnich miesięcy, każdemu kto chciał słuchać (i kilku osobom które nie chciały słuchać też) powtarzałam, że bardzo boję się tego, jak będzie wyglądało zakończenie Szklanego tronu. I powtórzę to znowu: miałam ku temu naprawdę dobre powody. Dlatego kiedy 23 października dostałam powiadomienie, że na mojej wirtualnej półce pojawił się ebook Kingdom of Ash z jednej strony obawiałam się co tam w środku znajdę a z drugiej strony rzuciłam się do czytania niczym Grażyna z memów na promocje w dyskontach (musiałam).

Początkowo było zaskakująco dobrze - czytało mi się to całkiem sprawnie (co wcale nie jest oczywiste, mając w pamięci jak czytało się Dwór Skrzydeł i Zguby), a nawet mogę stwierdzić, że każdą, nawet najmniejszą chwilę poświęcałam Kingdom of Ash. Z każdą kolejną stroną czułam, jakby pompowany był balonik, który wybuchnie w punkcie kulminacyjnym i zostawi mi strzępki tkanek zamiast serca. Niestety, kiedy zorientowałam się, że to chyba właśnie powinno nastąpić, zamiast wybuchu dostałam spuszczone powietrze z balonika.

Ale zacznijmy od początku. Sarah całkiem sprytnie rozwiązała problem dużej ilości bohaterów, którzy powinni być narratorami - a mianowicie połączyła bohaterów w mniejsze grupy według klucza, który równie dobrze mógłby się nazwać upodobania czytelników albo z-kim-kogo-widzę-na-końcu-serii (no prawie), czyli: Aedion z Lysandrą, Chaol z Yrene (a gdzieś w tle Nasryn z Sartaqiem), Dorian z Manon (i Trzynastką!), Rowan z Gavrielem, Lorcanem i Elide, którzy dość szybko (jak Wam napiszę na której stronie było to stwierdzicie, że wcale to nie było szybko, ale uwierzcie mi - jak na to co się spodziewałam - było szybko) wchłonęli do swojej grupy Fenrysa i Aelin. I jak to bywa w takich przypadkach, było trochę nierówno. Z jednej strony mieliśmy ciężkie, emocjonalne rozdziały, żeby zaraz przeskoczyć do biegania w jedną i w drugą stronę po polu walki, żeby potem przez kilkanaście stron czytać jak można odmienić słowo mate, kiedy używa się języka w którym nie występują przypadki. No ale do rzeczy.

Rozdziały z Aedionem na pierwszym planie były jednym z najnudniejszych w Kingdom of Ash (zgadnijcie czyje jeszcze mnie nie porywały!). Ja rozumiem, że ktoś musiał przez te 1000 stron i interesować się co się dzieje z wojskiem, planować i w ogóle odwalać brudną robotę, żeby znowu nie wyszło, że wielkie starcie trwało tyle co nic. Nie pomogło jednak to, że Aedion przez większość czasu zachowywał się jak… dupek. Nie ma na to innego określenia. Szczególnie w przypadku tego, jak zachowywał się wobec Lysandry. Biedna dziewczyna cały czas biegała próbując uratować wszystkim tyłki a to co spotykało ją przez większość czasu pozostawię bez komentarza.

Chaol z Yrene tak naprawdę powtarzali to czego dowiedzieliśmy się w Wieży Świtu. Dlatego gdyby ktoś się uparł, to myślę, że nieprzeczytanie szóstej części nie stanowiłoby problemu w odbiorze zakończenia. No, można by się zdziwić, że Chaol wraca z żoną, ale jakoś to bardzo nie szokuje. Szczególnie, że ktoś w końcu musiał być w ciąży (skoro tyle razy Maas to sugerowała), a panny, które pojawiły się we wcześniejszych częściach miały inne zadania do wykonania. Szkoda trochę Nesryn i Sartaqa, których obecność ograniczyła się do wspominania, że kiedyś będą rządzili imperium. I tyle.

Za to ciągle mało było mi rozdziałów Doriana i Manon. Może to kwestia tego, że to najbardziej czekałam na to jak potoczy się ich historia. Nazwijcie mnie stronniczą, ale o tej dwójce mogłabym czytać i czytać i nigdy nie byłoby mi mało. Może i nie zdziwiło mnie za bardzo to jak wszystko się potoczyło (Manon została uznana za swoją przez Crochan, Dorian chciał zabrać robotę Aelin jako wybraniec), ale przynajmniej nie chciałam, żeby któremuś z bohaterów spadło na głowę coś ciężkiego.

Teoretycznie minęły niecałe dwa tygodnie od momentu, kiedy przeczytałam Kingdom of Ash, a mam problem, żeby przypomnieć sobie dokładnie co się działo u ekipy ratunkowej w składzie Rowan, Gavriel, Lorcan i Elide. Na pewno mieli problem ze zdecydowaniem się w którą stronę się udać. Rowan odmieniał mate przez przypadki (i zrobił się tak jednowymiarowy, że momentami aż go nie poznawałam). Lorcan robił maślane oczy ku Elide, a Elide udawała, że wcale tego nie widzi. A Gavriel był wspomniany co jakiś czas i tyle.
Natomiast w rozdziałach Aelin i Fenrysa nie działo się dużo, to pod względem emocjonalnym były one dla mnie tymi najcięższymi. Opisy tortur, przez które przechodziła Aelin, jej wewnętrzne przemyślenia i wola walki, spowodowały, że przez chwilę zaczęłam doceniać drogę przez jaką przeszła. Plus scena w której Fenrys prawie umiera, ale nie do końca, bo przecież za dużo stron do końca zostało, była sceną w której po raz pierwszy dostałam zawału.

No właśnie. Skoro Kingdom of Ash miało być epickim zakończeniem serii, wojna i straty w ludziach były nieuniknione, to pewnie trzeba mieć przy sobie chusteczki? Nie nie bardzo. Sarze znowu zabrakło jaj. Z jednej strony to dobrze, bo wszyscy moi ulubieńcy przeżyli i teraz żyją sobie długo i szczęśliwie. Z drugiej strony, jak już doprowadzamy do zakończenia w którym namnożyło się bohaterów, to któregoś już nawet dla samego szoku można byłoby skrócić o głowę, prawda? Sarah próbowała co nieco w tej kwestii robić, przez co dostawałam zawału, ale z tyłu głowy cały czas miałam wrażenie, że to za wcześnie i że nawet jeżeli opis wskazuje na najgorsze, to tak nie będzie, bo zostało za dużo stron. Dlatego też, kiedy Trzynastka zaczęła się żegnać z Manon a ja zauważyłam, że do końca jest raczej bliżej niż dalej, to wiedziałam, że to się źle skończy. I nadal nie mogę się pogodzić z ich śmiercią (która była do przewidzenia, jeżeli pamięta się o przepowiedni) a szczególnie z tym, że to zostawia Manon samą jak palec w tym złym świecie (czy ktoś może ją przytulić? Może być to Dorian!). Drugim zauważalnym trupem w Kingdom of Ash był Gavriel, którego śmierć była bardzo wymuszona. Tak jakby przez całą książkę Sarah tylko czekała aż w końcu będzie mogła go wypchnąć, po wcześniejszym obowiązkowym spotkaniu z synem. A po za tym, to tak wszystkim się jakoś udaje przetrwać.

No nie.

Samo rozwiązanie problemów również nie powala. To wielkie poświęcenie, którego miała dokonać Aelin miało w sobie więcej dziur niż durszlak, przez co koniec końców skończyliśmy z efektem o którym fani mówili od dwóch lat - Dziedziczka Ognia została bez swojego ulubionego żywiołu. Prawie. Dziękuję za uwagę.

A czy ktoś w ogóle pamiętał, czemu mieli zamknąć bramę między światami? Bo tak naprawdę to nic nie dało. Jak musieli walczyć z Maeve i Erawanem, tak walczyli. Przy czym nadal nie rozumiem fenomenu tego drugiego. Bo chociaż wszyscy chodzili i marudzili jaki on zły i niedobry, to jak przyszło co do czego… To  nawet nie byłam zaniepokojona jego obecnością. Nie wspominając o tym, że załatwiła go laska, która pojawiła się trochę na siłę w dwóch nowelkach (no dobra, jednej nowelce i jednej części) i nagle została wielka wybawczynią świata uwielbianą przez lud. DLACZEGO? To wyglądało mi na rozwiązanie problemu na siłę, tak, żeby przez ostatnie kilkadziesiąt stron móc się jedynie cieszyć się szczęśliwym zakończeniem.

Wracając do bram między światami - czy ktoś zauważył, że w końcu wyszło na jaw w jaki sposób Szklany tron i Dwór cierni i róż są połączone ze sobą? Nie wiem jak Wy, ale jak to przeczytałam, to nagle okazało się, że bardzo mnie boli czoło.

W tym momencie mogę Was zdziwić, kiedy napiszę, że mimo wszystko Kingdom of Ash podobało mi się. I chociaż sami widzicie, że mam dużo uwag co do tej części, to obawiałam się, że będzie jeszcze gorzej. W tym przypadku to co się działo powodowało, że nie mogłam się doczekać aż wrócę do domu i będę mogła bez przerwy czytać. To nadal są bohaterowie których znamy i lubimy (chociaż część z nich zrobiła się trochę papierowa, ale to można wytłumaczyć natłokiem narratorów), to nadal jest bardzo ciekawy świat, który mimo wszystko nadal pozostawił jakieś ukryte tajemnice. To nadal książka autorki, która uwielbia robić dobrze swoim czytelnikom, więc przez te kilkanaście godzin lektury z chęcią zatapiamy się w jej opowieść. Dlatego jeżeli patrzymy powierzchownie na Kingdom of Ash to widzimy całkiem niezłe zakończenie serii, które tak jak w przypadku większości książek Maas czyta się bez większych problemów. Niestety, kiedy pierwszy zachwyt minie, zaczynamy dostrzegać, że to wszystko trzyma się razem na cienkich nitkach.

PS Domagam się nowelki co najmniej wielkości Wieży Świtu, która będzie poświęcona Dorianowi i Manon. Kto jest ze mną?

15:50

Zagraniczne zapowiedzi: listopad 2018

Zagraniczne zapowiedzi: listopad 2018

Kiedy zbierałam informacje o tym jakie to ciekawe nowości pojawią się na zagranicznym rynku wydawniczym, zauważyłam, że chyba powoli przechodzimy do kolejnego trendu w literaturze młodzieżowo - fantastycznej. A mianowicie inspiracją kulturą i mitologią wschodnią, a dokładnie azjatycką. Oczywiście, możecie powiedzieć, że to nic nowego, bo przecież kilka lat temu wyszedł Gniew i świt, czy Zakazane życzenie, ale wspomnicie moje słowa - to dopiero początek takich tytułów. I nie wiem jak Wy, ale ja się bardzo cieszę z tego powodu.

Natasha Ngan - Girls of Paper and Fire



Premiera: 06.11.2018

Pierwsza część trylogii opowiadająca o świecie w którym co roku wybieranych jest osiem Papierowych Dziewcząt, aby służyły królowi. Jest to zarówno największy zaszczyt jakiego mogą dostąpić, a zarazem największe okrucieństwo. Jednak w tym roku, pojawiła się dziewiąta dziewczyna, która nie jest zrobiona z papieru, a z ognia.

Lei pochodzi z kasty Papierowej - najniższej i najbardziej uciskanej kasty w Ikhara. Żyje w wiosce razem z ojcem, cały czas pamiętając o traumie, którą przeżyła, kiedy królewscy gwardziści zabrali matkę. A teraz przyszli po nią - dziewczynę, której złote oczy zafascynowały króla.

Tygodnie w pałacu upływają Lei i innym dziewczętom na nauce umiejętności i zachowania godnego królewskiej małżonki. Jednak nasza bohaterka nie chce się poddać losowi - robi rzecz niepomyślenia - zakochuje się (znaczy wiecie, dla nas czytelników to pewnie oczywiste, że się zakocha, ale TAK BYŁO W OPISIE, OKEJ?). Dodajcie sobie do tego informację, że w książce występują wątki LGBT.
A czy ktoś będzie zaskoczony, jeśli napiszę, że do tego wszystkiego opis obiecuje jeszcze spisek?
Tak myślałam.

Z innych informacji: książka posiada ostrzeżenie dotyczące przemocy i wykorzystania seksualnego.

Emiko Jean - Empress of All Seasons




Premiera: 06.11.2018

W każdej generacji odbywają się zawody, które mają na celu wyłonienie cesarzowej Honoku. Zasady są proste. Należy przeżyć pałac z zaczarowanymi pokojami poświęconymi porom roku, a następnie poślubić księcia. Wszyscy mogą wziąć udział oprócz yokai - supernaturalnych potworów i duchów, który ludzki cesarz chce wytępić.

Mari spędziła całe życie trenując, żeby zostać cesarzową. Zwycięstwo byłoby proste, gdyby nie skrywała tajemnicy - jest yakoi. Próbując ukryć swoją swoją prawdziwą naturę, los Mari łączy ją z księciem Taro, który nie ma ochoty dziedziczyć tronu oraz Akirą pół człowiekiem, pół yokai.
Historia inspirowana Japonią.

Oyinkan Braithwaite - My Sister, the Serial Killer




Premiera: 20.11.2018

Połączenie satyry i slashera w krótkiej historii o Nigeryjce, której młodsza siostra, ma kiepski nawyk zabijania swoich chłopaków.

Trzeci z kolei chłopak Ayooli nie żyje. Korede jest praktycznie wybawieniem swojej siostr - zna najlepsze sposoby na pozbycie się krwi, bagażnik w jej samochodzie jest na tyle duży, że zmieści się w nim ciało, a poza tym powstrzymuje Ayoolę od dodawania na instagrania zdjęć obiadu, kiedy powinna martwić się o swojego “zaginionego” chłopaka.

Jedynym jasnym punktem w życiu Korede jest przystojny lekarz, który pracuje w tym samym szpitalu co ona. Jednak pewnego dnia z niezapowiedzianą wizytą do szpitala wpada Ayoola i wpada w oku lekarzowi, który prosi Korede o numer jej młodszej siostry.


Tasha Suri - Empire of Sand (The Books of Ambha #1)




Premiera: 13.11.2018

Amrithi są wygnańcami, koczowniczymi potomkami pustynnych duchów, którzy są poszukiwani i prześladowani w Imperium przez moc kryjącą się w ich krwi.
Kiedy cesarscy mistycy dowiadują się o mocy Mehr, musi ona użyć całej swojej woli i mocy, aby postawić się okrutnym wydarzeniom. Jeżeli jej się nie uda, sami bogowie mogą się przebudzić szukając zemsty.

Historia inspirowana Wielkimi Mogołami.



Warto też wspomnieć, że w listopadzie premierę ma druga część scenariusza Fantastycznych Zwierząt napisanego przez J.K. Rowling - Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald (premiera: 16.11.2018). A jeżeli pamiętacie trylogię o Marze Dyer, to powinno Was ucieszyć, że w listopadzie wychodzi także drugi tom wyznań Noah Shaw (czyli najlepszego bohatera w tej serii, gdyby ktoś mnie pytał o zdanie). The Reckoning of Noah Shaw będzie miało premierę 13.11.2018.

Którą z książek zobaczylibyście najchętniej w polskiej wersji? A możecie macie coś, na co czekacie a czego nie uwzględniłam? Koniecznie dajcie znać.
A jeżeli jesteście ciekawi co ciekawego zostanie wydane w Polsce, łapcie linka do Gosiarelli.

Copyright © eM poleca , Blogger