Niech podniosą rękę wszyscy, którzy chociaż raz w życiu słyszeli Nie oceniaj książki po okładce , nie jako metaforę (która ma przypom...

Dlaczego kochamy piękne okładki?



Niech podniosą rękę wszyscy, którzy chociaż raz w życiu słyszeli Nie oceniaj książki po okładce, nie jako metaforę (która ma przypominać, że ważne jest to, co jest w środku), a jako dosłowne stwierdzenie, kiedy cielęcym wzrokiem wpatrywali się w okładkę kolejnej (pięknej) książki.

Ja się przyznaję - jeżeli chodzi o okładki jestem łatwa. Coś wpadnie mi w oko? Proszę bardzo, mogę próbować się powstrzymać ile chcę, ale koniec końców i tak obudzę się z dziurą w pamięci i nową książką w opłaconym zamówieniu (albo w torbie, jeżeli zaćmienie dopadnie mnie przy księgarni stacjonarnej). Co więcej - myślicie, że praca z księgarni potrafi z tego wyleczyć, bo w cały czas macie kontakt wzrokowy z najpiękniejszymi okładkami i możecie je wyeksponować (no niestety często jest tak, że nie możecie) tak, że wszyscy (a szczególnie Wy) będziecie się mogli w nie wpatrywać? Niestety często jest tak, że przychodzicie do pracy po kilku dniach, widzicie od wejścia książkę, która jest piękna -  nie znacie ani autora, ani tytułu - a w waszym sercu powstaje myśl - ona jest moja i nic was nie powstrzyma przed zakupem (chyba, że braki w portfelu). Gdyby ktoś się zastanawiał, to historia była oparta na faktach, dziękuję bardzo (i co więcej - minęło już kilka ładnych lat i nadal nie przeczytałam tej książki).

Powiedzmy sobie szczerze, okładka (i wszystko co się na niej znajduje) to jeden z elementów za pomocą którego wydawnictwa mogą zachęcić do przeczytania (a w najlepszej dla nich wersji nawet do zakupu) książki - i jestem nawet skłonna stwierdzić, że to najważniejszy element promocji. Pomyślcie sobie. to co znajduje na froncie trafia do wszystkich materiałów promocyjnych - zaczynając od zakładki, przez billboardy kończąc na reklamach. Nic dziwnego, że wydawnictwa pracują nad tym, żeby okładki wyglądały jak najlepiej. Po za tym sami odpowiedzcie szczerze - ile razy zainteresowaliście się nieznaną książką (i mam tu na myśli, że nie znaliście wcześniej autora i w ogóle nic o niej nie słyszeliście), ale spodobała się Wam okładka?



Chociaż może i okładka to nie wszystko, bo często zachwyt wzbudza całokształt wydania. Twarda oprawa? Kolorowe brzegi stron? Wstążeczka jako zakładka? A może do tego jeszcze obwoluta? A to tylko kilka pomysłów, które przychodzą mi do głowy, kiedy w blogosferze rozpoczyna się dyskusja o pięknych książkach. Przykład? Ostatnio na tapecie wszystkich (w tym i mojej) była Kirke Madeline Miller - dosłownie na każdym fanpage’u, na każdym instagramie można było przeczytać akapity zachwytów nad polskim wydaniem tego tytułu (i nieśmiałe przebąkiwania, wyrażające nadzeję, że zawartość będzie chociaż w połowie tak dobra jak opakowanie).

W psychologii istnieje coś takiego jak efekt aureoli, który polega na tym, że automatycznie przypisujemy pozytywne cechy osobowościowe na podstawie pierwszego wrażenia (lub negatywne - zależy jakie to wrażenie będzie). Dlatego też nie powinno nikogo dziwić, że patrząc na te wszystkie piękne okładki mamy wysokie oczekiwania co do tego, co znajdziemy w środku. I że czasami czujemy się niepewni, kiedyś ktoś zapewnia, że pod tragiczną okładką kryje się cudowna treść.

I nie próbujcie mi wmówić, że zupełnie nie bierzecie pod uwagę okładki przy wyborze kolejnej lektury - no chyba, że te wszystkie recenzje których autorzy zwracają uwagę na wydanie to czysty przypadek, pokazywanie zdobyczy w comiesięcznych stosikach (koniecznie ze zdjęciami!) to tak tylko, żeby zobrazować ile się przeczytało (lub kupiło) a nie pochwalić jakie piękności się przeczytało. Tylko w takim przypadku trochę trudno mi zrozumieć istnienie bookstagramu, ale na pewno to nie jest związane z tym, że książki w instagramowych filtrach wyglądają magicznie.



Okładka to nie wszystko, z czego wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę - brzydkie wydanie chyba nikomu nie przeszkodzi w zakupie wyczekiwanej książki ulubionego autora (chociaż jestem prawie pewna, że komentarze na temat wydania zaleją falą internet). Nie można jednak zaprzeczyć, że podświadomie dajemy się wodzić za nos (a raczej za oczy), kiedy widzimy jak wydane są książki. Warto być tego świadomym, żeby przez przypadek nie skończyć tak jak ja często kończę - z niespełnionymi oczekiwaniami (lub w szoku - w zależności od sytuacji). Ale do tego tematu wrócimy już niedługo.

Holly Black - The Cruel Prince (The Folk of Air #1) Nie spodziewałam się, że to będzie takie dobre. Szczerze powiedziaw...

[bukszots] The Cruel Prince, Children of Blood and Bone, Monstressa, Tancerze burzy



Holly Black - The Cruel Prince (The Folk of Air #1)



Nie spodziewałam się, że to będzie takie dobre. Szczerze powiedziawszy, nie miałam jakiś wygórowanych oczekiwań. Wiecie jak to jest z popularnymi tytułami - wszyscy dookoła zachwalają, a jak przyjdzie co do czego, to trzeba użyć lupy, żeby mniej więcej zobaczyć o co im wszystkim mogło chodziło.
Jestem zachwycona tym, jak ktoś w końcu pokazał faerie (mówcie sobie co chcecie, ale będę używała tej nazwy, bo ani to elfy ani duszki) jako żądne krwi, knujące i złośliwe bestie, które myślą przede wszystkim o sobie. I że dostaliśmy główną bohaterkę, której jedynym celem nie jest podbicie serca jednego z przedstawicieli faerie - Jude raczej stara się pokazać na co ją stać, żeby w końcu zaczęto traktować ją poważnie.
Trochę to trwało zanim wciągnęłam się w historię, ale kiedy już to się stało - nie mogłam odłożyć książki. Zwroty akcji i pomysły na wątki były świetnie przemyślane. Teoretycznie część z nich przewidziałam, ale końcowy efekt i tak mnie zaskoczył, bo nic nie było takie jakby można się było tego spodziewać.
Zakończenie The Cruel Prince wbiło mnie w fotel i mogę spokojnie powiedzieć, że był to jeden z nielicznych kaców książkowych w tym roku. Już nie mogę się doczekać The Wicked King!

Tomi Adeyemi - Children of Blood and Bone (Legacy of Orisha #1)



Children of Blood and Bone to kolejny tytuł o którym było bardzo głośno w zagranicznej blogosferze. I wszystko fajnie pięknie, ale ciekawy pomysł na przedstawienie świata (a raczej zasad magii, bo sam świat i jego problemy nie różniły się za bardzo od tych przedstawionych w podobnych książkach młodzieżowych) całkowicie zszedł na drugi plan, kiedy na scenę wkroczyły dwa elementy, których nawet ja nie mogłam zauważyć (bo zazwyczaj jest tak, że nawet jak są, to są tak sprzedane, że je kupuję bez marudzenia): instalove i deus ex machina.
Nieważne, że dobrze się czytało fragmenty dotyczące mitologii, religii i sytuacji politycznej świata. W momencie, kiedy w jednym momencie pojawiła się dwójka bohaterów już od pierwszych opisów można się było domyśleć co z tego będzie. I to paczenie - nawet jak nie było opisane to ja je widziałam (nie mam zwidów, dzięki za troskę!) i starałam się nie nadwyrężyć swojego wzroku wywracając oczami podczas lektury. Co wcale nie było takie proste, bo na moje oczy czyhały również bezsensowne rozwiązania, których jedynym celem było popchnięcie akcji (i bohaterów) do przodu. Niewiadomo co zrobić? Spokojnie, nagle rozwiązanie samo
Jest mi bardzo trudno ocenić Children of Blood and Bone - bo to nie była zła książka. Ale nie była też tak dobra, jak to niektórzy sugerują. Czy przeczytam kolejne części? Pewnie tak, bo mimo wszystko chciałabym się dowiedzieć co się dalej stanie z bohaterami.

Monstressa. Tom pierwszy. Przebudzenie.



Oficjalnie pierwsza opowieść graficzna, która wpadła w moje ręce. Goodreads już od lat podtykał mi ten tytuł pod nos, dlatego kiedy zobaczyłam, że pojawiło się polskie tłumaczenie nie zastanawiałam się zbyt długo.
Nie wiem czy to kwestia tego, że nie jestem przyzwyczajona, ale ku moje zdziwieniu brakowało mi… szczegółów. Ja rozumiem, że szczegóły w powieściach graficznych poznajemy w inny sposób (powiedzmy sobie szczerze, po prostu możemy na nie popatrzeć), ale cały czas to było dla mnie trochę za mało. Chociaż muszę przyznać, że ilustracje były przepiękne, mimo tego, że często wydarzenia na nich pokazane były brutalne. I ogólnie było ciemno.
Wydarzenia Monstressy mają miejsce w alternatywnej rzeczywistości, a dokładniej gdzieś w matriarchalnej (serio, serio!) Azji. Główna bohaterka jest sierotą, którą połączyło coś z pewnym potworem (nawet nie wiem czy to można tak nazwać). I szczerze powiedziawszy, to tyle jeżeli chodzi o to o czym jest Monstressa (a przynajmniej jej pierwszy tom) - jestem bardzo ciekawa, czy coś się wyjaśni, kiedy przeczytam tom drugi (i pierwszy i drugi są zbiorami kilku części, prawdopodobnie będzie jeszcze trzeci tom).

Jay Kristoff - Tancerze burzy (Wojna lotosowa #1)



Zostańmy w klimacie Azji, a dokładnie feudalnej Japonii z silnie widocznym steampunkiem (nie wiem co Jay Kristoff bierze, że wymyśla takie połączenia, ale chyba chciałabym wiedzieć). O Tancerzach burzy słyszałam już wcześniej - podobnie jak z Monstressą, goodreads zaproponował mi ten tytuł, jednak ja twardo upierałam się, że to nie dla mnie.
Po czym przeczytałam Illuminae, później Nibynoc i tak jakoś wyszło, że postanowiłam przeczytać wszystkie książki Jaya Kristoffa.
Musicie się przygotować na to, że początek będzie się Wam dłużył. Potem jest już lepiej. Szczególnie, kiedy na scenie (a raczej na kartach książki) pojawia się pewne fantastyczne stworzenie (jestem jego ogromną fanką, najlepsza postać!). Co chyba jest przyczyną dlaczego wydawało mi się, że czuję klimat Eragona (czy ktoś jeszcze pamięta o tej serii?).  
Chociaż jest dość brutalnie, krwawo, brudno i duszno (w takim stopniu, że lepiej chodzić w specjalnych maskach niż bez nich) alkohol i inne substancje odurzające co chwilę idą w ruch, to nie uciekniemy od tego, że Tancerze burzy są młodzieżówką - a co za tym idzie nie obejdzie się bez bezsensownego wątku romantycznego (dlaaaczeeegoo mi to zrobiliście?), głównej bohaterki, której wydaje się, że wie co ma robić (sorry Yukiko, taka prawda).
Jednak na to można przymknąć oko - szczególnie, że są kolejne dwa tomy, które mogą spowodować, że zapomnę o marudzeniu odnośnie pierwszej części. Czy tak będzie - pewnie niedługo się dowiecie.

Czasami mnie zaskakuje, jaką jestem optymistką, jeżeli chodzi o czytanie kolejnych części serii, których początkowe tomy nie przypadł...

Veronica Roth - Spętani przeznaczeniem (Naznaczeni śmiercią #2)



Czasami mnie zaskakuje, jaką jestem optymistką, jeżeli chodzi o czytanie kolejnych części serii, których początkowe tomy nie przypadły mi do gustu. No bo przecież - zawsze może być lepiej, prawda? I na pewno autorzy mają plan jak to wszystko ma wyglądać i te niedociągnięcia na początku były zamierzone. To dlaczego nie spróbować? Szczególnie, że praktyka już mi pokazała, że kolejne tomu mogą zmienić cała wymowę serii (patrzę się tu w stronę Dziedzictwa ognia. Nadal nie wiem, jakim cudem dotrwałam do trzeciej części, ale teraz doszło do tego, że nie będę chciała się z nią pożegnać).

Dlatego też pełna nadziei postanowiłam dać szansę Veronice Roth i Spętanym przeznaczeniem, czyli drugiej części Naznaczonych śmiercią. Szczególnie, że szumnie zapowiadano, że będzie to najlepsza książka tej autorki.

No to jak było?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę najpierw wziąć głęboki oddech, bo istnieje prawdopodobieństwo, że zaczęłabym się skupiać na samych negatywach. A to nie była najgorsza książka jaką w życiu czytałam. Była słaba, to prawda, ale można znaleźć w niej pozytywne elementy.

Najbardziej zabolało mnie to, że Veronica Roth po raz kolejny pokazuje, że ma całkiem niezłe pomysły, jeżeli chodzi o umiejscowienie akcji i tworzenie całego świata, jednak kiedy przychodzi do tego co się będzie działo, jak się będzie działo i w jaki sposób zostanie to nam przekazane - daje ciała. Teoretycznie nie ma tragedii - zastanawiam się też, na ile moje niezadowolenie jest kwestią samej Roth a na ile tego, że do ścisłego targetu YA już się nie zaliczam i swoje w życiu już przeczytałam.

Zacznijmy od tego, że jak to bywa w typowych młodzieżówkach, chcąc nie chcąc na pierwszy plan wysuwa się wątek uczuciowy i to w sposób, który widziałam już nie jeden raz. Nie pomaga też narracja - teoretycznie poznajemy wydarzenia z perspektywy trójki bohaterów, ale bez patrzenia na oznaczenia rozdziałów miałabym problem z odróżnieniem o kim w danym momencie czytam.

Cieszę się, że Veronica Roth postanowiła stworzyć jedynie dwa tomy tej historii - na upartego widzę miejsce nawet na to, żeby złączyć je w jedną całość. Szczególnie, że w Spętanych przeznaczeniem bohaterowie bardzo dużo spędzają na rozmowach i zastanawianiu się, co powoduje, że z akcją stoimy w jednym miejscu. I nawet jak przychodzi punkt kulminacyjny to jeżeli ktoś by kartkował jedynie strony - łatwo mógłby go przegapić. Tak bardzo czekałam na to, aż coś się zacznie dziać - i nic. Nawet zwrot akcji, mnie nie zaskoczył, bo spodziewałam się go już od pierwszej części.

No dobrze, to w takim razie, czy warto w ogóle zabierać się za tą serię?

Jeżeli jesteście młodymi czytelnikami, którzy dopiero co przekonali się do czytania - prawdopodobnie seria Roth może Was zainteresować, chociaż uważam, że są dużo lepsze młodzieżówki dla początkujących. Co do pozostałych - spójrzcie na książki na półkach, które czekają na przeczytanie - naprawdę nie wiecie co wybrać?

Nie mam pojęcia co się dzieje z wydawnictwami (a może raczej z autorami? W końcu to oni muszą coś napisać, żeby wydawnictwo mogło dział...

Książkowe zapowiedzi na drugą połowę 2018 roku


Nie mam pojęcia co się dzieje z wydawnictwami (a może raczej z autorami? W końcu to oni muszą coś napisać, żeby wydawnictwo mogło działać). Po kilku latach odkopywania ciekawych tytułów z najdziwniejszych zakątków internetów, w tym roku muszę zapisywać sobie tytuły do przeczytania jak tylko je znajdę, bo czuję się, jakbym co chwilę dostawała interesującą (albo wyczekiwaną) zapowiedzią prosto w twarz. Tak, naprawdę tak dużo ciekawych książek wychodzi zarówno na polskim rynku jak i na rynku anglojęzycznym.

Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma tytułami, na które czekam, a które wychodzą w drugiej połowie 2018 roku. Znajdziecie tu premiery anglojęzyczne (i ich daty), ale mam nadzieję, że większość z nich w krótkim czasie pojawi się również na polskim rynku.



Trio pisarek (Cynthia Hand, Jodi Meadows, Brodi Ashton), które stworzyły najzabawniejszą książkę zeszłego lata (oczywiście chodzi mi tu o Moją Lady Jane) powraca w tym roku z kolejnym tytułem. Tym razem panie skupiły się na Jane Eyre oraz autorce, która ją stworzyła - Charlotte Bronte. My Plain Jane wychodzi 26 czerwca i mam nadzieję, że nie będziemy musieli długo czekać na polską wersję.

Są ludzie, którzy kupują książki, bo  spodobała im się okładka (tak, też do nich należę) i są ludzie, którzy widzą tytuł książki i nie mogą przejść obok niej obojętnie, bo już widzą ile sucharów będą mogli stworzyć używając jej tytułu. Dodajcie do tego to, że opis The Book of M (nie wiem zupełnie gdzie im się e podziało) Peng Shepard brzmi jak coś w stylu Stacji jedenaście, czy Dzień dobry północy, które pokochałam całym sercem. I tak, oczywiście, że już zamówiłam ten tytuł i teraz tylko czekam aż do mnie przyjdzie, bo premierę miał 5 czerwca.

The Mermaid Christiny Henry z opisu wydaje się połączeniem baśni (czyżby syreny robiły wielki powrót?) i alternatywnej historii Króla rozrywki - P.T. Barnuma. Połączenie wydaje się na tyle ciekawe, że książkę wciągnęłam na listę do przeczytania. Plus popatrzcie tylko jak pięknie wygląda ta okładka! A premiera już niedługo, bo 19 czerwca.

A wracając do książek, które już zamówiłam - na wysyłkę czeka również A Thousand Beginnings and Endings, czyli zbiór opowiadań inspirowanych baśniami wschodniej i południowej Azji. Powtarzam jeszcze raz, żeby nikt nie przegapił: baśnie i daleki wschód. A do tego napisane przez zacne grono autorów, do których nalęży m.in. Julie Kagawa czy Renee Ahdieh. Ja już nie mogę się doczekać. Premiera: 26 czerwca.



Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że kiedy zobaczyłam, że Naomi Novak w końcu wydaje kolejną książkę inspirowaną baśniami, wydałam z siebie pisk, który mogły usłyszeć jedynie nietoperze. Jeżeli nie czytaliście jeszcze Wybranej, to musicie to szybko zmienić, bo premiera Spinning Silver już 10 lipca. I chociaż okładki mają podobną stylistykę, to okazuje się, że można je czytać oddzielnie.

Jako, że Victoria Schwab staje się jedną z moich ulubionych autorek, nie mogłabym nie wspomnieć o City of Ghosts. Szczerze powiem, że nie wiem dokładnie o czym będzie ta historia, wiem tylko, że skierowana jest do trochę młodszej młodzieży. Ale w tym przypadku zupełnie mi to nie przeszkadza. Premiera 28 sierpnia.

W sierpniu premierę również będzie miała książka Mary E. Pearson, która napisała Kroniki Ocalałych. Dance of Thieves ma mieć miejsce w tym samym świecie (ktoś tam pisał, że nawet można spotkać starych przyjaciół). Po cichu liczę, że nowa książka wciągnie mnie tak jak to zrobił Fałszywy pocałunek. Premiera 7 sierpnia.



V.E. Schwab rozpieszcza nas w tym roku. We wrześniu wychodzi długo wyczekiwana kontynuacja Vicious. Vegnuful pojawi się na półkach 25 września. a ja nadal nie rozumiem, dlaczego ta seria nie jest jeszcze wydana w Polsce. No przecież to opowieść o tym jak zdobyć super moce i jak ludzie, którzy je mają nie zawsze są superbohaterami.

Kingdom of Ash Sarah J. Maas to książka, która premierę powinna mieć ponad rok temu (nadal nie mogę przeboleć tego, że przez Wieżę świtu wszystko się przesunęło). Teoretycznie nie mogę się doczekać. W praktyce bardzo się boję co z tego wyniknie. I czy przez przypadek nie dostaniemy kolejnego otwartego zakończenia - bo przecież fajnie jest wracać do historii, prawda? No nie zawsze. Zawału dostanę 23 października.

Kolejne dwa tytuły, które wychodzą w październiku, to kontynuacje serii, których jeszcze nie przeczytałam, ale do momentu ich premiery na pewno to się zmieni (mam je już u siebie!). Chodzi tu o Muse of Nightmares Laini Taylor (czyli drugą część Marzyciela), oraz The Lady’s Guide to Petticoats and Piracy Mackenzi Lee (czyli drugą część The Gentelman’s Guide to Vice and Virtue). Oba tytuły będą miały premierę 2 października.

Tegoroczny sezon wyczekiwania na premiery zakończę Queen of Air and Darkness Cassandry Clare, czyli ostatnią częścią Mrocznych Intryg. I nie wiem którą częścią Kronik Nocnych Łowców. Premiera 4 grudnia.

Macie jakieś tytuły, których nie możecie się już doczekać i już odliczacie dni do premiery? Koniecznie dajcie znać, bo wydaje mi się, że mimo wszystko o czymś mogłam zapomnieć.

Co roku, kiedy zbliża się Dzień Matki, w sieci (i nie tylko) możemy zauważyć wzmożoną aktywność promocyjną sklepów i marek, które z cz...

O kupowaniu książek na prezent opowieść tragiczna


Co roku, kiedy zbliża się Dzień Matki, w sieci (i nie tylko) możemy zauważyć wzmożoną aktywność promocyjną sklepów i marek, które z czystej dobroci serca chcą mieć pewność, że nie zapomnimy o nadchodzącym święcie. Ba! Nawet starają się podpowiedzieć, co będzie idealnym prezentem, żebyśmy sami nie musieli zbytnio się wysilać. I kiedy w tym czasie zaglądam na strony księgarni internetowych i patrzę co jest proponowane jako idealny książkowy prezent dla mamy, muszę zrobić sobie chwilę przerwy. Bo wyobrażam sobie minę mojej mamy, kiedy dostałaby w prezencie radosną obyczajówkę, czy jeszcze gorzej - romans. Dlaczego? Bo moja Mama należy do tych osób, które w książce potrzebują rozlewu krwi. No dobrze, może nie zawsze, ale wiecie o co chodzi - na tapecie są raczej kryminały i przygodówki niż ckliwe czy urocze opowieści.

Oczywiście rozumiem z czego to wynika - przecież księgarnie nie mogą sobie pozwolić na to, żeby obniżyć cenę na cały asortyment, za każdym razem, kiedy jest jakieś święto - dlatego starają się wykorzystywać stereotypy. Niestety obawiam się, że czasami cierpią na tym obdarowywani. Dlaczego? Bo większość ludzi (chociaż zdarzają się wyjątki) nie potrafi kupować książki na prezent. No po prostu nie. I mam na to dowody.

Tak wyglądają niektórzy ludzie, kiedy przypomną sobie, że muszą kupić prezent.

Nie wiem czy wiecie (chociaż jeżeli jesteście zaglądacie tu od jakiegoś czasu, to pewnie o tym czytaliście), że w trakcie studiów miałam dwuletnią przygodę z pracą w księgarni. To było bardzo ciekawe doświadczenie - szczególnie z perspektywy osoby, która uwielbia czytać. I wiem, że chcielibyście przeczytać, że większość czasu spędzałam na czytaniu książek, a rabaty, które dostałam spowodowały, że obecnie śpię na książkach, jednak tak nie było. Moim głównym zajęciem była obsługa klientów - czy to czysto transakcyjna, czy to taka polegająca na pomocy w odnalezieniu danej książki (tak, ten tekst o tym, że ktoś nie pamięta tytułu, ale okładka była niebieska to sama prawda) lub właśnie pomoc w wyborze prezentu.

I to właśnie to ostatnie wywoływało we mnie skrajne emocje (a przy okazji trenowałam dzięki temu cierpliwość). Wiecie jak wyglądało typowe pytanie z prośbą o pomoc w wyborze książki? Dzień dobry, chciałbym kupić książkę na prezent dla mamy, może Pani coś polecić? KROPKA.

Chyba nie muszę Wam pisać, że po takim zdaniu, trudno było cokolwiek zaproponować - bo przecież dobrze by było, żeby prezent się spodobał, a to wymaga, żeby chociaż trochę znać osobę, która ma być obdarowana. Niestety, dla niektórych nie było to takie oczywiste. Zadając pytania pomocnicze (które zaczynałam od podstawowego poziomu, czyli Co Pani mama lubi czytać? Może kojarzy Pani jakiego autora lubi?) widziałam zdziwienie, a czasami nawet przerażenie w oczach pytanego. W takich przypadkach zastanawiałam się, czy nie prościej (i szybciej) byłoby wybrać książkę na chybił trafił. Wtedy też, zaczynałam się zastanawiać jaki jest w ogóle sens dawania prezentów najbliższym, kiedy nawet nie chce się trochę wysilić (wybieranie w ten sposób książki dla osoby, którą niezbyt dobrze znamy jest usprawiedliwione w tym przypadku).

Tak prawdopodobnie wyglądałaby moja reakcja na brak
\wiedzy kupującego o obdarowywanym. Gdybym mogła ją pokazać.

Posłużyłam się przykładem prezentu dla mamy, ale tak naprawdę taki sam scenariusz był stosowany w każdym przypadku - książki zamiast kwiatka na ślub, prezentu dla dziecka (tu jednak kupujący starali się wskazywać wiek dziecka - co tak naprawdę i tak średnio pomagało bo to co czytają dzieci i na jakim poziomie zaawansowania są jest oddzielnym tematem, zahaczającym o to jak wyglądała moja ewolucja czytelnicza).

Ale pomoc w wybieraniu książki na prezent to też miłe wspomnienia - szczególnie, kiedy po pewnym czasie klient wracał z uśmiechem na twarzy, żeby poinformować, że książka się podobała obdarowywanemu i że prosi o więcej. Nigdy też nie zapomnę, jak pomagałam jednej z klientek wybrać książkę, dla jej koleżanki, która była zafascynowana językiem polskim (i chyba nawet studiowała polonistykę!). Tytuł musiał być oczywiście polskiego autora, odpadały lektury - a żeby było ciekawiej, cała rozmowa była prowadzona w języku angielskim, więc miałam dość trudne zadanie szybkiego streszczenia o czym jest m.in. Morfina Szczepana Twardocha (która została ostatecznym wyborem - to tak dla ciekawych). Ale jaką potem miałam satysfakcję!

A jak Wy wybieracie książki na prezent? Prosicie kogoś o radę, wybieracie pierwszą lepszą z brzegu, czy może macie już gotową listę tytułów z której odhaczacie kolejne pozycje?